„Potrzebuję serca…“
(z wiersza)
Jest coś w rodzaju „pragnienia”, z którym przychodzimy na świat i które towarzyszy nam przez całe życie. Teresa wyraziła to słowami: „Potrzebuję serca, które płonie dla mnie jejnią miłością…” To, że to pragnienie miłości musi być nieustannie zaspokajane, szczególnie widać w tak zwanym „okresie karmienia”, gdy matka i dziecko są niemal „w nurcie”. Wtedy piliśmy nie tylko mleko matki, ale również „płynęły” do nas jej myśli, jej uczucia, jej życiowa orientacja. Dlatego jesteśmy w duszy, w duchu i w ciele formowani przez naszą matkę. Szczęśliwy, kto miał matkę, o której może powiedzieć: Zawsze była tu dla mnie i zawsze mnie wspierała! Wiele osób musi dodać: Wiele dla mnie wypłakała, musiała często mnie upominać, była surowa, często mówiła „nie”. Jeszcze raz szczęśliwy, kto mimo to może powiedzieć: Ale zawsze miałem podstawowe poczucie, że mnie kocha! A to, co od niej płynęło, nie była pragnienie władzy, zysku, czy majątku, ale życzliwa miłość.
Jednak nawet jeśli nie doświadczyłem tego w moim dzieciństwie – Bóg może mnie mimo to zbawić i ustalić w tym ważnym podstawowym uczuciu, które my ludzie tak bardzo potrzebujemy. Teresa jest z doświadczenia o tym przekonana. W jednej z ośmiu zwrotek wiersza z 1895 roku, poświęconego Sercu Jezusa, wyznaje:
Potrzebuję serca, które płonie czułością;
które mnie wspiera i nigdy nie ustępuje.
I które miłuje moje słabości niemal bardziej niż moje siły
i nie opuszcza mnie w dniu ani w nocy.
Ale ponieważ widziałam każdy stwór śmiertelny,
może mi pomóc tylko Bóg, który staje się człowiekiem,
staje się moim bratem i potrafi cierpieć.
Teresa potrafiła powiedzieć: „Potrzebuję…!” Tak znalazła Boga, o którym wiedziała: On zawsze jest tu dla mnie i mogę do niego przyjść w każdej sytuacji nieszczęścia. Ważne jest tylko, abym przyszła. I na koniec tylko On – w takiej mierze, jaką Mu poświęcę – może zbawić, co musi być w moim życiu odkupione.
P. Theophan Beierle OCD
„Maria jest bardziej matką niż królową“
(Ostatnie rozmowy, 21. 8. 1897)
Związek Teresy z Marią był, z perspektywy religijnego środowiska jej czasów, niezwykle jasny i prosty. Czego w ogóle nie może potrzebować, to abstrakcyjnego, doktrynalnego podejścia pragnącego cudów. Nawet na łożu śmierci, kilka miesięcy przed śmiercią, wyjaśnia swoim siostrom (mamy na to zapisy od wielu świadków), że chciałaby obserwować życie Marii „tak, jak naprawdę było, a nie wymyślone życie”. Od kaznodziejów pragnie, aby „przedstawiali jej prawdziwe życie, jak je widzi ewangelia”.
A mimo to – czy właśnie dlatego? – związek Teresy z Marii jest szczególnie czuły i żywy. W jej oczach to nie królowa, władczyni i pani – tytuły maryjne, które były wówczas bardzo używane; Maria jest, jak podkreśla jeszcze raz przed swoją śmiercią, „bardziej matką niż królową”, i to bardzo konkretnie dla samej Teresy. Tak, nie wstydzi się wyznać: „Zrozumiałam, że nade mną czuwała, że byłam jej dzieckiem. Dlatego mogłam ją nazywać tylko «Mama», «mamusiu», ponieważ wydawało mi się to bardziej czułe niż «Matka».”
Jak Teresa doszła do takiego głębokiego związku miłości z Marią? Ważnym w tym kontekście – inaczej nie można przecenić jej znaczenia – jest wydarzenie, które przeżyła w dzieciństwie przed figurą Matki Bożej w domu swojej rodziny. W ciężkiej, trwającej lata depresji dziecięcej Teresa modliła się przed tym obrazem i znajdowała ulgę w swojej psychicznej nędzy: „Nagle św. Panna wydawała się piękna, tak piękna, że nigdy nie widziałam nic piękniejszego. Jej twarz wyrażała niewypowiedzianą dobroć i czułość. Co mnie jednak przeniknęło aż na dno serca, to był urzekający uśmiech św. Panny.” Od tej pory Teresa wie, że jest kochana przez swoją „Mamusię Marię” i aż do końca życia nie zapomni o tym „uśmiechu”, który zostanie głęboko wyryty w jej sercu.
Drugim powodem jest z pewnością charakterystyczne podobieństwo obu tych kobiet. W Marji, jak ją opisują ewangelie, Teresa znalazła swój „pierwowzór”, w którym mogła poznać swoją własną istotę. Zwracając się do Marii, znajdowała w trakcie swojego życia stopniowo sposób na zbliżenie się do Boga, „małą drogę” bezpośredniości i prostoty w relacji do Boga oraz to orzeźwiające i życiowe w kontakcie z nim i z ludźmi. W jej ostatnim i najdłuższym wierszu „Dlaczego cię kocham, Mario” (maj 1897) wyraża to wyraźnie. Maria jest tam opisana jako ta, która żyje skromnymi codziennymi cnótami. Szczególnie jej pokora, jak stać w prawdzie, dotyka Teresę.
Oba te nakreślone aspekty istotnie należą do obrazu Marii w oczach Teresy. Maria jest dla niej matką z najgłębszym zrozumieniem – i jednocześnie całkowicie ludzką kobietą z Nazaretu, naśladowalną dla każdego. Wewnętrzna wielkość karmelitanki z Lisieux na końcu jej krótkiego życia możemy z pewnością uznać także za owoc tej mariologicznej pobożności, skupionej na ewangelii, a zarazem osobiście serdecznej.
Należy jeszcze podkreślić, że Maria nigdy nie była u Teresy degradująca do roli tylko wykonawczyni jej pragnień. Na swoim łożu omocy przypomina swoim siostrom: „Gdy modlimy się do św. Panny o coś i ona nas nie wysłucha, to jest znak, że nie chce. Wtedy musimy ją zostawić, aby robiła, co chce, i nie możemy jej dręczyć kolejnymi prośbami.” Marii musimy dać wolność, bo ona przecież lepiej wie, co jest dla nas dobre; na niczym jej tak bardzo nie zależy, jak na tym, abyśmy wzrastali w komunii z Chrystusem, która jest pełnią życia.
Fr. Michael Jakel OCD
„Dał mi siłę i odwagę“
(Pisma autobiograficzne, 95)
Z pewnością słusznie twierdzi się, że większość ludzi nie potrafi w trakcie swojego życia całkowicie zaakceptować samego siebie. Dlatego tak wielu żyje z wielkimi lub małymi kompleksami niższości. A kto nie nauczył się przyjmować samego siebie, ten nie stanie się również wielkim miłośnikiem, tym, który spróbuje przyjąć swego bliźniego w każdej sytuacji, niezależnie od tego, czy „zasłużył” na to, czy nie; jak wiadomo, będziemy według kazania Jezusa na górze dopiero w pełni dziećmi Bożymi, gdy i my pozwolimy, by nasze „słońce miłości” wschodziło każdego dnia na złych i dobrych (por. Mt 5,45).
Aby móc odważyć się przyjąć samego siebie, człowiek potrzebuje głębokiego przekonania w sercu, że ktoś kocha go całkowicie i zupełnie tylko za to, kim jest. Jakie szczęście, mamy takich ludzi!
Ostateczne przyjęcie, tak jakby uzdrowienie każdego kompleksu niższości od korzenia, może dać – to jest doświadczenie Małej Teresy – tylko ten, który jest miłością w osobie. Teresa doświadczyła tego uzdrowienia korzeni w 1886 roku w czasie Bożego Narodzenia. Pisze z perspektywy czasu: „Teresa już nie była ta sama. Jezus przemienił jej serce.” Przeżywa to i opisuje niemal jak cud, że mogła w swoich 14 latach, dosłownie z nocy na noc, wreszcie całkowicie się zaakceptować. Mały przeżycie sprawia, że wyznaje: Mogę być sobą i tak pozostać, jestem kochana, tak jak jestem! Nie muszę się wcale zmieniać! Jezus w Bożym Narodzeniu stał się słabym dzieckiem, abym i ja, właśnie przez swoją słabość, mogła czuć się kochana i w przyszłości szukała wszelkiej mocy i siły u Niego. „W nocy, gdy miły Bóg stał się z miłości do mnie słabym i cierpiącym, uczynił mnie silną i odważną.”
Od tego Bożego Narodzenia Teresa została uwolniona od swojego sposobu postrzegania samej siebie, nagle jest teraz uwolniona z nienawróconej szkoły siebieudoskonalania i siebieuświęcania. Wie: Jezus mnie naprawi. Może Mu powiedzieć: Ty, Jezu, musisz wszystko we mnie działać i także zdziałasz!” – A kto nie musi się martwić o siebie, jest uwolniony do miłości: „Tak, czułam, że do mojego serca wkroczyła miłość, potrzeba zapomnienia o sobie, abym innym sprawiała radość, i od tej pory byłam szczęśliwa!…”
Jej ojciec i czterech rodzeństwa nie potrafili wcześniej przez dziesięć lat kochać jej całkowicie.
„Nowa” Teresa, która się teraz rozwija, stanie się, widziana z zewnątrz, najbardziej wolnym człowiekiem, jaki można sobie wyobrazić, u którego nie da się znaleźć nic kłopotliwego. W jej nowym stylu życia można było zaobserwować: jest spokojna w sobie. W każdej sytuacji zakotwicza się w Chrystusie i dzięki temu może odważnie wyjść z samej siebie i każdego głęboko objąć: „Im bardziej łączę się z Jezusem, tym bardziej żarliwie kocham moje siostry.” Życie ma sens, gdy jestem miłująca i staję się tym coraz bardziej. Do tego ma prowadzić prawdziwa pobożność. Co czyni proces tak bolesnym – zbliżanie się również do trudnych ludzi, pozwalanie, by przeniknęło mnie krzyż, udostępnianie życia – to boli. Teresa to „potrafiła” w patrzeniu na Jezusa, który miał być od rana do wieczora jej Odkupicielem i Zbawicielem.
Autobiografia Teresy stała się w duchowej literaturze naszego wieku „wielkim rywalem” i nigdy nieosiągalnym bestsellerem, ponieważ w niej każdy, od najprostszych wierzących po najwykształconych teologów, może przeżyć, jak człowiek pierwotnie neurotyczno-egocentryczny i złą religijną wychowaniem znów staje się neurotyczny, przemieniany przez Boga w największego miłośnika i największego „misjonarza” naszego wieku.
Zapytana o słowo pożegnania, Teresa odpowiada: „Wszystko powiedziałam: Tylko miłość się liczy!” A jedno z jej ostatnich słów, krótko przed śmiercią przez duszenie: „Nie żałuję, że poświęciłam się miłości, nie, nie żałuję tego!”
P. Theophan Beierle OCD
Teresa od Dzieciątka Jezus przypomina człowieka, który z wytężeniem wszystkich sił walczy z czymś, z czego nie widzimy ani dokładnej postaci, ani szczególnego wrogości. Dopiero w ostatnich latach, gdy sama zrozumiała, że zwyciężyła, ukazuje się oblicze przeciwnika: to kłamstwo. Kłamstwo we wszystkich jego postaciach, jakie może przybrać w chrześcijaństwie, maskowane fałszem, połowiczna szczerość, przejścia, gdzie świętość i hipokryzja, sztuka i kicz, prawdziwa mdłości i słabość godna pogardy, tworzą nierozplątany węzeł. Przeznaczeniem Teresy jest życie na tej granicy, by nie tylko zawsze – w życiu i po śmierci – być nie zrozumiana, ale dość często być także niezrozumiała, walczyć broniami epoki przeciw tej epoce, musieć zmagać się słowami i obrazami kiczu na życie i śmierć przeciw kłamstwu kiczu, wydobywać się z całą siłą, jaką miała, z fałszywej skóry, nie opuszczając swojego nakazującego otoczenia, nie mając możliwości, ani nie chcąc… Przenikać wszystkimi wdziękami i fałszywkami do prostej, nagiej prawdy ewangelii…
A co kicz wyrządził w mariologii! Co Teresa tutaj bezwzględnie nogą odrzuca, trochę jak uderzając biczem przy wypędzaniu ze świątyni, to zbożna, dobrze przemyślana nieprawda, która na koniec pozwala duszom odejść z pustką i przeszkadza im, aby piły z źródła prawdy.
Hans Urs von Balthasar
(Siostry w Duchu, Einsiedeln 1979)
Kernworte der hl. Therese von Lisieux (2),
Karmelimpulse II/1993.
Przełożył Dr. Vojtěch Pola.