Aby dnem i nocí rozjímali o zákonu Páně a bděli na modlitbách (2. část)

Fra. Jan od św. Bruna, OCD

Formuła modlitwy Jezusowej i moc Imienia

Klasyczna formuła modlitwy Jezusowej brzmi: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną (grzesznym, grzeszną),” czasem podawana jest także w dłuższej wersji: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym.” Sam rosyjski pielgrzym w swojej krótkiej syntezie nauczania ojców o modlitwie1 zaleca, abyśmy czasem zmieniali słowa modlitwy, tj. wypowiadali czasem krótszą, a czasem dłuższą wersję. Chce się tym może uniknąć pewnej rutyny i bezmyślności. Jednak innym razem, gdy modlitwa schodzi głębiej, zdaje się przeciwnie, iż warto przyzwyczaić się do pewnej formuły i tej nie zmieniać. Można również przejść do liczby mnogiej: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami,” i uświadamiać sobie w ten sposób głębiej eklezjalny wymiar modlitwy. Formuła modlitwy Jezusowej nie jest więc niczym absolutnym, można dostosować ją do potrzeb każdego w pewnym zakresie. Ważne jest dla mnie wybrać taką formułę, którą można wypowiadać w rytmie naszego oddechu, o czym będzie mowa w części poświęconej „metodzie fizycznej”.

Teraz przyjrzyjmy się dwóm częściom, z których składa się modlitwa Jezusowa.
W pierwszej części kładzie się nacisk na wypowiedzenie imienia Jezus. Według Biblii imię jest jednym z Bożych atrybutów, jest „miejscem” Bożej obecności. Wzywanie imienia Jezusa uniwersalizuje łaskę Wcielenia, ponieważ każdemu pojedynczemu człowiekowi umożliwia, aby sobie tę łaskę osobno przywłaszczył, aby jego serce przyjęło Pana.2 Już w Starym Testamencie zrozumienie imienia jako formy Bożej obecności jest zawarte. Dlatego Boże imię mógł wypowiedzieć tylko arcykapłan w „najświętszym miejscu” świątyni jerozolimskiej, i to tylko w czasie święta Jom Kipur, czyli raz w roku. Ale Wcielenie uczyniło z każdego człowieka arcykapłana, któremu powierzono Imię. Imię Jezus – Jéšuach, oznacza Zbawiciel. W pierwszej części modlitwy wyznajemy więc Jezusa jako naszego Pana i ogłaszamy Go naszym Zbawicielem i Odkupicielem – Chrystusem.

Tutaj należy zauważyć, że powyższy pogląd, chociaż z pewnością biblijnie inspirowany, zbliża się do pojęcia tych, którzy przypisywali wypowiadaniu imienia niemal sakralną moc. Ale nawet w samej Rosji, gdzie pogląd ten był tak rozpowszechniony, można spotkać tych, którzy przeciwnie podkreślają, że moc modlitwy polega znacznie bardziej na dyspozycji serca modlącego się. Takie pojęcie przyjął Teofan Zatwornik.

Druga część modlitwy Jezusowej jest w rzeczywistości modlitwą celników z ewangelii (Łk 18,13). Człowiek wyznaje swój grzech i potrzebę Bożego miłosierdzia i zwraca się do swojego Zbawiciela z prośbą, aby mu przebaczył. Starzy mnisi w ten sposób starali się umacniać w sobie poczucie pénthos, swego rodzaju stałą świadomość swojej grzeszności, słabości i bliskości upadku, jeśli Pan odciągnie swoją rękę i nieustannie potężnie nie pomoże. Ten postawa jednak ani nie oznacza postawy skrupułanta, który wątpi w Boże przebaczenie! Przeciwnie, podkreślano konieczność wiary, że Bóg przebacza natychmiast – w tej chwili, gdy szczerze się do Niego zwracamy. Pénthos jest zatem pewnym „wesołym pokutowaniem” człowieka, który pokornie uznaje swoją słabość, a jednocześnie nieustannie raduje się z Bożego przebaczenia.

Metoda fizyczna i czas poświęcony modlitwie

Niektórzy z hezychastów starają się wspierać swoją modlitwę za pomocą metody psychofizycznej. W podstawach jest to z pewnością dobry pomysł, który dostrzega uczestnictwo wszystkich składników człowieka w modlitwie. Klasycznym dziełem tego kierunku stał się tekst przypisywany Symeonowi Nowemu Teologowi, jednak prawdopodobnie pochodzący z pióra Nicefora z świętej góry Athos (XIV w.). Podaje on bardzo precyzyjne wskazówki dotyczące oddychania, wstrzymywania oddechu i innych ćwiczeń, obiecując, że ten, kto modli się w ten sposób, „ujrzy się w blasku, podobnym do tego, który ujrzeli uczniowie Jezusa na górze Tabor, i otrzyma dar rozpoznawania duchów... zobaczy przestrzenie, które są pośrodku serca..., od tej chwili wzywanie imienia Jezusa przegoni każdą złą myśl.” Jednak nie wszyscy hezychasti przyjmują te ćwiczenia. Teofan Zatwornik, tłumacz Filokalii na rosyjski, skraca ten tekst i dodaje do niego uwagę: „Tutaj św. Symeon podaje pewne zewnętrzne działania, które kogoś zgorszą i oddalą od praktyki, a u innych same ćwiczenia deformują…” „Obserwowanie swojego pępka,”3 Teofan określa jako ćwiczenie „niezdarne i głupie.”

Pomimo tych wszystkich zastrzeżeń wydaje się, że pewne ćwiczenie cielesne towarzyszące modlitwie ma swoje znaczenie, choćby tylko względne, szczególnie w początkowej etapie, zanim modlitwa stanie się bardziej wewnętrzna, a więc mniej zależna od zewnętrznych okoliczności. Wielu Ojców i autorów duchowych radzi modlić się w rytmie własnego oddechu. Przy wdechu: „Panie Jezu (Chryste),” przy wydechu: „zmiłuj się nade mną.” Albo: „Panie” (wdech) – „Jezusie” (wydech) – „zmiłuj się” (wdech) – „nade mną” (wydech). Zgranie między oddechem a słowami modlitwy pomaga z czasem osiągnąć to, że modlitwa Jezusowa stanie się tak naturalna jak oddychanie. Przeciwko temu nie sprzeciwiałby się nawet Teofan Zatwornik, który pisze: „Ważne jest… mieć przez pewną miarę oddech pod kontrolą, aby można go było dostosować do rytmu słów.”

Kolejną pomocą cielesną jest wybór pozycji ciała i środowiska podczas modlitwy. Św. Bazyli mówi: „Patrz, jak siły duszy wpływają na ciało i jak i uczucia duszy są zależne od ciała.” Z tym zgadza się również św. Ignacy z Loyoli i inni święci zachodni.4 Ignacy nie zna żadnej idealnej pozycji obowiązującej dla wszystkich, ale radzi: „Rozpocznij klęcząc, lub leżąc na twarzy na ziemi, lub leżąc na plecach z twarzą w górę, lub siedząc, albo stojąc, zawsze jednak z zamiarem szukania tego, czego pragnę. Przy tym należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy: 1. jeśli klęcząc znajdę to, czego chcę, nie będę zmieniał pozycji ciała; równie gdy leżę na twarzy itd.; 2. w owym punkcie, w którym znajdę to, czego chcę, będę spokojnie pozostawał, nie martwiąc się nadmiernie o przechodzenie do kolejnego.”5

Ważne wydaje mi się, aby nie przeceniać znaczenia tych metod i szczególnie uświadomić sobie, że modlitwa i postęp w niej są w końcu zawsze darem Bożej łaski. Modlitwa Jezusowa zatem nie jest jedynie ćwiczeniem podobnym do jogi, jak to czasem błędnie przyjmuje się na zachodzie.

Ile czasu jednak poświęcić modlitwie? Teofan Zatwornik radzi młodej dziewczynie, którą duchowo prowadzi w listach:6 „Z kościoła spieszcie bezpośrednio do swojego pokoju... i w tym czasie pobożnie proście Pana, abyście spędzili z duchowym pożytkiem czas, gdy przebywacie same w domu. Potem trzeba trochę odpocząć. Myślom jednak ani wtedy nie pozwólcie błądzić, mówcie sobie tylko jedno: Panie, zmiłuj się! Panie, zmiłuj się! Po tym, jak odpoczęłaś, trzeba zabrać się do pracy: albo modlić się, albo zajmować się pracą ręczną. Co, kiedy i jak, ustalcie już same. Nie można zajmować się tylko duchowością. Trzeba mieć jakąś niewymagającą pracę ręczną. I sięgnąć po nią tylko wtedy, gdy dusza jest zmęczona i niezdolna do czytania, myślenia lub modlitwy do Boga. Jeśli jednak sprawy duchowe idą dobrze, nie ma potrzeby dotykać pracy ręcznej. Jest ona przeznaczona do wypełnienia czasu, który w przeciwnym razie byłby spędzony w próżności, a ta zawsze jest szkodliwa...“7

Musimy sobie uświadomić, że cytowany tutaj tekst miał służyć wolnej dziewczynie z wyższych sfer, która nie miała na głowie ani rodziny, ani nie chodziła do pracy, mogła więc naprawdę większość czasu poświęcić modlitwie i wszystkim, co z nią związane. Wydaje się jasne, że takie warunki ma dziś tylko minimalna liczba ludzi, i to nawet wśród zakonnic. Rady Teofana jednak zawierają kilka cennych ogólnych spostrzeżeń. Po pierwsze, na nich widzimy, że modlitwa Jezusowa jest włączona w życie liturgiczne i sakramentalne,8 a dalszej jest zalecane czytanie i „przemyślenie”, czyli może rozważanie. Widzimy, że z powodu modlitwy Jezusowej nie musimy rezygnować z innych form osobistej modlitwy, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Wręcz przeciwnie, mogą się one odpowiednio uzupełniać, a zależy to przede wszystkim od tego, jaki sposób modlitwy nam odpowiada i jak „zaawansowani” w modlitwie i w życiu duchowym w ogóle jesteśmy, aby poświęcić poszczególnym formom tyle czasu, aby prowadziły nas do skupienia i życia z Bogiem.

Kolejnym cennym spostrzeżeniem jest nacisk na pracę, którą wykonujemy też jako formę aktywnego odpoczynku. To związane jest z antropologią Teofana, która jest trichotomiczna: według niej człowiek jest jednością ciała, duszy i ducha.9 Aby człowiek mógł żyć w harmonii z Bogiem, musi zaspokajać potrzeby wszystkich tych części. Przy tym potrzeby duchowe są najwyższe, a ich zaspokajanie uczy człowieka zaspokajania w zgodzie z nimi także potrzeb innych części. Jaką przestrzeń poświęcamy potrzebom każdej z tych części, zależy w dużej mierze od naszego powołania i stanu (czy jesteśmy laikami, kapłanami, czy żyjemy w wspólnocie). Ważne jednak, że duchowe, duchowe i cielesne choć schematycznie oddzielamy, ale wszystko jest połączone w jednym człowieku. Każde z nich w idealnym przypadku wspiera także inne. To oczywiście oznacza, że jeśli nasze powołanie i stan rzeczywiście wybieramy w zgodzie z Bożą wolą, powinno nam również nasze prace pomagać wzrastać w modlitwie, a modlitwa czyni naszą pracę, niezależnie od jej zwyczajności, ofiarą miłą Bogu. Jasne jest, że jest to wysoki ideał, do którego musimy dążyć i stopniowo się rozwijać.

Mimo że pokazaliśmy, że cały dzień – nawet pracujący – może stać się modlitwą, tradycja duchowa zna jednak „przywilejowane czasy modlitwy.” Są nimi przede wszystkim wieczór i rano. Tak radzi pewien mnich mężczyźnie żyjącemu pośród świata, aby – jeśli nie może modlić się przez cały dzień – poświęcił na modlitwę Jezusową ostatnią godzinę przed snem. Doświadczenie uczy nas, jak wiele różni się sen człowieka, który zasypia w skupieniu, od tego, kto jest rozproszony. Nie chodzi tylko o to, że ten pierwszy na pewno lepiej wypocznie, ale także że rano zazwyczaj zaczyna w skupieniu, lub że skupienie jest dla niego łatwiej osiągalne nawet dzięki dość krótkiej chwili, spędzonej na modlitwie. Rano jest więc drugim z przywilejowanych czasów. Kto potrafi, czy raczej komu dane jest spędzić pewien czas przed rozpoczęciem pracy w skupieniu i modlitwie, stopniowo odkrywa, jak jego dzień roboczy się zmienia, jak później prace, jakkolwiek trzeba na nich się koncentrować, zaczynają być przepełnione modlitwą, chociaż Właśnie „nie modlimy się” – w tym sensie, w jakim tego słowa zwykle używamy. Modlitwa przestaje być jedną z powinności „dobrego chrześcijanina” i staje się naprawdę źródłem błogosławieństwa dla nas i dla naszego otoczenia. Nie trzeba podkreślać, że osiągnięcie tego poziomu modlitwy wymaga, poza potężną pomocą Ducha Świętego, także wysiłku i wierności modlitwie.

Spiritualność hezychastyczna i modlitwa Jezusowa na zachodzie

Zachodni chrześcijanie zapoznali się z hezychastyczną spiritualnością głównie dzięki już wspomnianym Szczerze opowiadającemu pielgrzymowi, który po raz pierwszy ukazał się w 1881 roku w Kazaniu i po I wojnie światowej zaczęto go tłumaczyć na języki światowe. Już znacznie wcześniej jednak spiritualność przynajmniej pokrewna hezychastycznej żyła szczególnie w klasztorach. Gorazd Ostrożny w swojej książce Hezicham jako tradycyjna spiritualność chrześcijańska,10 uważa za hezychastów św. Benedykta, św. Patryka, a nawet św. Ludmiłę.

Wydaje się jednak, że najbardziej spiritualność podobna hezychazmowi jest żywa wśród synów św. Bruna, wśród kartuzów. Już w XII wieku znany opat benedyktyński Wilhelm z Saint Thierry w swojej „Złotej epistołach” określa kartuzy jako tych, którzy „w ciemnościach zachodu i w chłodzie Galii niosą światło wschodu, dawną gorliwość egipskich mnichów – przykład życia w samotności i wzór życia niebieskiego.” Także teksty mnichów – kartuzów, dzisiaj dostępne,11 dosłownie emanują doświadczeniem życia w wewnętrznym milczeniu i ascezy modlitwy prowadzącej do zjednoczenia z Bogiem. Chciałbym tutaj przedstawić jeden tekst, który dodatkowo naszkicowuje jeden z aspektów ascezy wytrwałości, który dotąd nie podkreślałem: nawet hezychasta czasami musi przechodzić „ciemną noc,” podobną tej, którą opisał św. Jan od Krzyża. To doświadczenie również wielu świętych ze wschodu.

Przedstawiam tutaj część anonimowego tekstu kartuzów:

Nieskończona jest moja pragnienie milczenia,
nieskończona jest moja tęsknota za pokojem.
Jak pozbyć się pośpiechu w moim życiu?
Jak wyeliminować hałas?

Bóg miłości był w moim sercu
a ja byłem w sercu
tego Boga miłości.

Aż do śmierci wędrowałem nocą,
patrzyłem w źródła,
wspinałem się na szczyty,
w ciągłym przeciwstawieniu się mrozowi...
(...)

Na zewnątrz jest świat,
na zewnątrz hałas i pośpiech.
Ale przybytek nie jest na zewnątrz,
jest w środku.

Tylko od nas zależy,
czy napełnimy dom milczeniem.
Milczenie daje odpoczynek, uspokaja, uzdrawia, cieszy.
Milczenie odnawia siły, chroni życie, pomaga myśleć.

Milczenie czyni nas lepszymi.
Tylko ono daje jedność duchowi i materii,
pozwala szukać Boga pilniej w nas,
znaleźć go szybciej i całkowicie posiadać.

Jak już wspomniałem, modlitwa Jezusowa i modlitwa serca stanowi starożytną część duchowości chrześcijańskiego wschodu. Jednocześnie zyskuje coraz większe znaczenie także w modlitwie zachodnich chrześcijan. Może być jedną z dróg, które przyczynią się do poszukiwania wspólnych źródeł teologii i życia duchowego obu podzielonych kościołów, abyśmy mogli w coraz większej pełni dążyć do wypełnienia przykazań i pragnień Pana oraz jego apostołów: „nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,17) i „niech będą w doskonałej jedności” (Jan 17,23).

poprzedni