Myśli św. Teresy z Avili (3)

„Co to jenom je, můj Bože, že v duši, která se chce líbit jen tobě, spočinutí v tobě vede k únavě?“

(Hlas duše k Bohu 2,2)

Dzieje chrześcijaństwa znają błędne pojęcie w życiu duchowym, które Kościół rozpoznał już w wczesnych czasach (1.–3. wiek) i potępił: dualizm. Wszystkim jego historycznym poglądom wspólny jest stosunek, z którym spotykamy się jeszcze dzisiaj i który można podsumować wzorem: Bóg jest dobry – świat jest zły.

„Świat“ – to są ludzie, przede wszystkim ci, którzy dotykają serca, to jest praca i powołanie, to jest ciało ze wszystkim, co się w nim porusza, przede wszystkim seksualność, tj. przyjemność piękna i radość z niego, to jest natura i otaczający świat, to jest rozum i nauka…, to jest wszystko, co jest „światowe“.

Dualizm to postawa, którą w naszych czasach nazywamy trafnie „pogardą dla świata i życia“. Jest do dziś dostrzegalny – zwykle całkowicie nieświadomie – także u duchowych ludzi. Przejawia się w pojęciu, że prawdziwe „całkowite oddanie się“ Bogu jest możliwe tylko dla tych, którzy żyją poza małżeństwem i całkowicie „opuszczają świat”; odwrotną stroną tego jest deprecjacja małżeństwa jako mniej odpowiedniego sposobu, by żyć prawdziwie z Bogiem. Przejawia się w nadmiernym docenianiu życia zakonnego jako lepszej, intensywniejszej drogi i „doskonałego stanu“ chrześcijaństwa lub w słowie, używanym jeszcze często w dokumentach urzędowych, „pełniejszego“ naśladowania Jezusa w powołaniach duchownych. Przejawia się również w poglądzie na ascezę, która wydaje się, że musi tłumić każdą radość z piękna i naturalności. Przejawia się w pojęciu, że życie skierowane ku Bogu wyklucza przyjaźń i bliskość z ludźmi… Krótko mówiąc: dualizm jest wszędzie tam, gdzie człowiek zapomina, co mówi Biblia na końcu dni stworzenia: „Bóg widział wszystko, co uczynił: było to bardzo dobre.“ (Rdz 1,31) – i tak samo zapomina, że Jezus pozwolił nazywać się raczej żarłokiem i pijanem (Mt 11,19; Łk 7,34), niż żeby chodzić po krajach jak ponury asceta.

Takie wyobrażenia były wspierane błędnie rozumianym tłumaczeniem słowa, które znalazło się po śmierci Teresy w jej brewiarzu: „Sama Bóg wystarczył.” Co miała na myśli Teresa (lub Jan od Krzyża, od którego wersy te prawdopodobnie pochodzą według nowszych badań) swoim „Sólo Dios basta”, powinniśmy lepiej sformułować słowami: „Sama Bóg wystarczył.” Gdyż Teresa z pewnością nie chciała powiedzieć, że człowiek może mieć na oczach tylko „Sama Boga”, ale że może dopiero wówczas siebie samego i cały świat, w którym Stwórca go postawił, prawidłowo widzieć, obchodzić się z nim i cieszyć się z niego, kiedy znalazł osobisty związek z Bogiem. „Świat” więc nie jest wykluczony, lecz w relacji do Boga, który kocha wszystko, co stworzył, dopiero prawidłowo postrzegany w pełnym spojrzeniu duchowo żyjącego człowieka.

„Co to tylko jest, mój Boże, że w duszy, która chce Ci się podobać, pokój w Tobie prowadzi do zmęczenia?” – to pisze Teresa całkowicie w „oryginalnym tonie” swojego doświadczenia i swojego przekonania! Pobożność skierowana jedynie ku Bogu prowadzi do „zmęczenia”, do wąskiego miejsca; gdyż Bóg Jezus szuka tego, kto z nim dołącza do jego ukochanych stworzeń. Jan od Krzyża, przyjaciel i towarzysz Teresy, może modlić się z pełną radością życia: „Moje jest niebo, a moja jest ziemia…”

Problematyczne w dualizmie jest to, że uniemożliwia prawdziwe spojrzenie na rzeczywistość, przede wszystkim także na wielkie dzieła ducha – jak na życie poza małżeństwem, ale i na małżeństwo, na życie zakonne, ale i na „świeckie” istnienie, na samotność przed Bogiem, ale i na przyjaźń, na ascezę, ale i na radość z piękna i dobra, na naturę i na współtworzenie, na ciało i na duszę… A na końcu dualizm jest postawą, która uniemożliwia widzenie Boga, który w Jezusie stał się prawdziwym człowiekiem i Bogiem, i który uniemożliwia człowiekowi uwierzyć, że Bóg uczynił naprawdę wszystko, również wszystko w tym świecie, niekoniecznie jeszcze doskonałym, ale dobrym.

P. Reinhard Körner OCD

 

„Bóg mi dał dar działać na swoich bliskich sympatycznie…”

(Życie 2,8)

Teresa, wielka mistyczka, „ekspertka” w kontakcie z Bogiem, rozumiała jako wyraźnie dobre obcowanie z ludźmi i życie w przyjaźni. Bez pychy mogła powiedzieć o sobie: „Bóg mi dał dar działać na swoich bliskich sympatycznie, a tak byłam u wszystkich ulubiona.” Jej zwyczajne życie pokazuje, że tak rzeczywiście było, tak, że wręcz pragnęła ludzkiej przyjaźni i sympatii. Miłość do Boga i ludzka sympatia dla niej nie są przeciwieństwem. Najjaśniej przejawia się to w jej przyjaźni z P. Jerónimo Graciánem. Jej zachowanie wobec niego i innych zwraca uwagę na naprawdę błyskotliwy temat: jak bowiem łączy się miłość do Boga i ludzka sympatii. Często widzi się właśnie w tym przeciwieństwo.

Przed miłością do Boga nie należy, jak się wciąż mówi, stawiać niczego, ale wcale niczego, nawet nie najdroższych ludzi. Z tego pojęcia często wyrastają konflikty, które w życiu danego człowieka działają pustosząco: uczucia winy, obawy… Nic dziwnego, że wielu ludzi w ten sposób wyznawana pobożnością wypchnięto radość z wiary i z religii.

U Teresy jest inaczej. Może powiedzieć bez uczucia winy, że działała na swoich bliskich sympatycznie, a dlatego była u wszystkich ulubiona. Ta jasność jednak nie została jej dana od początku. Jej wejście do klasztoru było motywowane jeszcze strachem, że swoją kobiecą „zarozumiałością” i swoją radością z ludzkich spotkań coś ujmowała Bogu, i myślała, że życiem klasztornym musi to odczynić (por. Życie 3,6).

Jak doszła Teresa do drastycznej zmiany swojego myślenia i działania, do tak zupełnie innego spojrzenia?

Ważną pomocą była pamięć o podstawowej wiedzy z dzieciństwa, że w końcu wszystko na ziemi jest przemijające i nic nie trwa i nie jest wieczne; Teresa nazywa to „prawdą mojego dzieciństwa” (Życie 3,5). „Tylko Bóg trwa”, mówi sobie później, wszystko inne nie ma trwania. – To poznanie uchroniło ją przed tym, aby rzucać się w relacje z oczekiwaniem absolutności; gdyż nawet głęboko doświadczana zażyłość bliskości nie może, to było dla niej jasne, wypełnić jej ostatniej tęsknoty: „Tylko Bóg wystarczył.”

Teresa pomogła również to, że mogła ufać Bogu – lepiej mówiąc, że w przebiegu swojego życia nauczyła się, że może Bogu ufać – że kocha ją taką, jaką jest. Ta pewność prowadzi ją do przekonania, że to, że jest sympatyczna, dostała od Boga, jako wyraz Jego miłości do niej, którą doznawała sama i inni. Nie musi teraz postrzegać Boga jako konkurenta jej bliskich relacji. Raczej staje się Bóg tym, który dał jej doświadczenie, że jest przez ludzi kochana i „przyjmowana”, i że to jej oferuje z serca; że jest przez ludzi kochana, jest jej znakiem, że jest kochana przez Boga.

Oba poznania razem – z jednej strony „tylko Bóg wystarczył” i z drugiej strony, że wszelaka międzyludzka sympatii jest Bożym pragnieniem i darem – pomogły Teresie do prawdziwej miłości do ludzi: mogła im okazywać sympatię z otwartym sercem, serdecznie cieszyć się z ich sympatii do niej, a jednocześnie pozostała wolna od sentimentalnej zależności.

Być kochanym przez Boga i ludzi – a miłość do Boga i do ludzi – nie stoją w konkurencji, nie są wobec siebie jak „albo, albo”. Kto może w to uwierzyć jak Teresa, wyrasta w zintegrowaną osobowość. Niezbędnym skutkiem tego jest, że „będzie działał sympatycznie na bliźnich i będzie u wszystkich ulubiony”.

P. Ulrich Dobhan OCD

 

„Kiedy człowiek zwraca się ku ludziom, jest najgłębiej połączony z Tobą.”

(Hlas duše k Bohu 2,2)

Myślałem, że źle przeczytałem, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na te słowa w jednym z mniejszych pism Teresy (Dzieła, t. 5): „Ó mój Jezu, tak wielka jest twoja miłość do ludzkich dzieci, że najwięcej usługujesz, kiedy człowiek nie zwraca się do Ciebie, ale do nich, gdyż wtedy człowiek jest z Tobą połączony najgłębiej.” Aby podkreślić kontrast, sformułujmy zdanie, jakiego byśmy się prawdopodobnie spodziewali: Największą usługę oddajemy Ci, gdy z miłości do Ciebie opuszczamy ludzi i przychylamy się tylko do Ciebie… Do dziś powszechny jest pogląd, że doskonała pobożność wymaga opuszczenia „świata” i bliźnich, by móc się nerwowo i niedzielnie oddać Bogu…

Teresa temu oczywiście zdecydowanie przeciwstawia. Alternatywa Bóg czy człowiek jest jej obca. W swoim przyjacielskim stosunku do Chrystusa (który nie zaczęła ona, lecz on) dostrzega, jak ogromna jest Jego „miłość do ludzkich dzieci”. Tak jej życie staje się współ-miłością z nim. Całe jej poszukiwanie Boga, cała jej modlitwa jako przyjacielskie bycie z Chrystusem i w Chrystusie nie ma w konsekwencji na celu czysto osobistej intymności z Bogiem, lecz stało się fundamentem, z której żyje przyjacielski stosunek do swych bliźnich. U Jezusa odkrywa, że Bożym interesem nie jest poświęcanie ludzkich stosunków, lecz ich pogłębianie i uzdrawianie.

Pobożność, skupiająca się czysto na relacji do Boga, jest w istocie ucieczką przed Bogiem i przed jego „miłością do ludzkich dzieci”. Utrudnia ludzki wzrost, nie odpowiada bliźnim, a ponadto również mija Boga, w każdym razie tego Boga, który w Jezusie pokazał się jako ten, który zwraca się ku swoim stworzeniom i szuka tych, którzy żyją z nim – z ich ludzkimi sercami może się „połączyć” i zjednoczyć w miłości do swych stworzeń.

Jednak także Teresa ostrzega przed tak zwanymi „partykularnymi przyjaźniami” (por.: Droga do doskonałości, rozdz. 4). Tym jednak nie zwraca się przeciwko prawdziwym międzyludzkim relacjom, lecz przeciwko sposobom zachowania, które są raczej połączeniem przeciwko drugim w społeczności, mają więc mało wspólnego z przyjaźnią. Właśnie takie sposoby zachowania można przezwyciężyć i wyleczyć, tam gdzie idziemy na podstawie przyjacielskiego związku z Bogiem drogą do przyjaźni z bliźnimi.

Jezus nie rozwiązał ani miłości do bliźnich na korzyść miłości do Boga, ani miłości do Boga na korzyść miłości do bliźnich. Oba są ze sobą powiązane, nawet przy ich stałym napięciu. A przy tym „miłość” nie jest jedynie uczuciem, skierowanym do ludzi w ogóle. Teresa przeżywa głęboką, bardzo konkretną przyjaźń z kobietami i mężczyznami. Kiedy mogła wręcz boleśnie odczuwać ich bliskość, nie jest to oznaką „niedoskonałości”: raczej była sobie świadoma, na ile sama żyje z ludzkiej sympatii i na ile potrzebuje przyjaźni dla swojego życia – właśnie ze względu na swoją miłość do Boga. Nie zamienia Boga na człowieka i człowieka na Boga – bo to by oznaczało opuścić ludzi i Boga…

P. Thomas Röhr OCD

 

(Kernworte der Hl. Teresa von Avila (2), Karmel-lmpulse, 4, IV, 59, 1994.)
Przetłumaczył dr Vojtěch Pola.