(Opracował P. Gorazd, O.Carm.)
Ci, którzy zapoznali się z życiem i posługą P. Metoděja Minaříka (1912–2003), mogli zauważyć, że obok troski o karmelitańskie powołania wśród mężczyzn, w latach 70. i 80. ubiegłego wieku P. Metoděj starał się także wspierać kobiety, które chciałyby zostać siostrami karmelitankami i w normalnych warunkach wstąpiłyby do klasztoru. Jednak życie wolne w zgromadzeniach zakonnych w Polsce wówczas nie było możliwe. Ojciec Metoděj nie tylko utrzymywał kontakt z siostrami bosymi karmelitankami, które zostały wysiedlone z Pragi do Jiřetína pod Jedlovou w północno-czeskim pograniczu, ale także pomagał w tym, aby żeński Karmel mógł powstać również przy pierwotnej gałęzi zakonu.
W tym czasie ojciec Metoděj przyjął śluby zakonne kilku sióstr karmelitek (tzw. drugiego rzędu), które jednak dalej żyły pojedynczo, każda w swoim domu. P. Metoděj podczas okazjonalnych spotkań zapewniał im jak najszerszą formację do życia konsekrowanego i przekazywał szacunek dla Karmelu oraz zapał do niego.1
Jedna z tych sióstr, Vlasta Pastyříková, zmarła jesienią tego roku, a my w tej okazji możemy przyjrzeć się świadectwu jej życia i jej powołania.
Urodziła się 17. 5. 1919 w Jamném koło Jihlavy. Jej rodowe nazwisko brzmi Brabcová. Tata prowadził gospodę oraz sklep, a mama zajmowała się domem. Rodzice mieli dwie córki. Ulubionym dalekim krewnym był brat ojca – ksiądz: Jan Brabec, dziekan w Hradcu Králové, który zawsze przyjeżdżał do nich latem. Tata pochodził z dziewięciorga dzieci i wszyscy zachowali wiarę w dorosłym życiu, chociaż osiągnęli dobre pozycje – „byli panami”.
Vlasta studiowała w instytucie nauczycielskim w Hradcu Králové i mieszkała u wujka na dziekanacie. Spędziła tam pięć lat. Rok studiowała przygotowawczy, a następnie cztery lata sam instytut. W drugim roku studiów, gdy miała 18 lat, chciała wstąpić do klasztoru bosych karmelitek w Pradze. Zgodnie z jej własnymi wspomnieniami nie wiedziała wtedy o życiu w klasztorze i o Karmelu nic bliższego, ale przyszła jej nagła myśl, aby zgłosić się do klasztoru.
Wujek ją odwodził i radził, aby poczekała. Jednak główną przeszkodą stało się coś innego.
Na Karmel się nie dostałam, ponieważ nie miałam posagu. Jeszcze pamiętam tę przełożoną Karmelu, że miała tak piękne, wzorowe pismo, szkoda, że spaliłam te listy z Karmelu. Jak mi było żal, że to wszystko nie jest do niczego, to wszystko złapałam i spaliłam. Nie powinnam była tego robić... Wtedy potrzebny był posag, już nie pamiętam, jak dużym. Gdy wcześniej studiowałam, skąd mogłabym wziąć tyle pieniędzy? Rodzice też nie mieli, więc nie mogłam iść do klasztoru...2
Po maturze w 1942 roku wyjechała do Polné i zaczęła uczyć w tamtejszej szkole chłopięcej – dzieci od pierwszej klasy. Po dwóch latach została przeniesiona do innej szkoły. W Polné spędziła pięć lat i również tam znowu mieszkała na dziekanacie. Ponieważ tam był nadmiar nauczycieli, uzupełniła swoje konieczne egzaminy i uczyła również religii – dzieci od piątej do ósmej klasy w szkoły miejskiej w Polné. Do okolicznych wsi jeździła nauczać na motocyklu.
Potem wyszła za mąż. Jej mąż przez pewien czas był także dyrektorem szkoły, a ona jako nauczycielka była jego podwładną. Ich małżeństwo było szczęśliwe, ale dzieci nie mieli. Później jednak nie chciała za bardzo mówić o swoim małżeństwie. Bycie nauczycielką w czasach totalitarnych nie było z jej przekonaniami łatwe. Wspominała na to: Potem mnie przenosili (z miejsca na miejsce), ale to jest drugorzędne... Zawód nauczyciela wykonywała przez całe życie, aż do przejścia na emeryturę.
Kiedy mąż zmarł gdzieś około roku 1980, na nowo w niej odezwała się jej pragnienie, aby być karmelitką. Zgłosiła się pisemnie do P. Metoděja. Znalazła na niego kontakt i napisała mu. Uzgodnili to za pomocą listów, a on przyjechał do Polné. To było akurat w święto Wszystkich Świętych, więc P. Metoděj śmiał się i mówił do niej: „Komu Pan Bóg, temu wszyscy święci.” Wówczas przyjął ją w kancelarii na dziekanacie do bractwa szkaplerzowego.
Tak zaczęła się ich kontakt i tajna formacja zakonna. Wczesne śluby złożyła 21. 7. 1986, a wieczyste 23. 7. 1989. Zakonny imię Archandela nadał jej P. Metoděj, mówiła, że sama na takie imię by nie wpadła. Pod koniec życia nie potrafiła już nawet przypomnieć sobie, dlaczego nadał jej to imię: że tym imieniem dał jej opiekunkę karmelitańską świętą – bł. Archangielę Girlani.
W ramach formacji do życia zakonnego, którą zapewniał jej P. Metoděj, zaczęła dojeżdżać na pielgrzymki do Panny Marii Karmelskiej w Kostelním Vydří. To wszystko było tajemnicze. Zawsze po pielgrzymce P. Metoděj poświęcał kilka dni siostrom, one po pielgrzymce także sprzątały. (To odpowiada także terminom jej ślubów.)
Z Marušką Macháčową, która później – jeszcze w czasach totalitarnych – została przełożoną sióstr, długo wymieniała korespondencję, gdy Maruška była chora. Rozumiałyśmy się. Ona była taka nieśmiała, tak jak ojciec Metoděj. On też był nieśmiały, taki pokorny człowiek...
Poznała innych karmelitów, gdy uczestniczyła w ich spotkaniach, które prowadził P. Metoděj, a później P. Vojtěch Kodet.
Przez całe życie zachowała niezależną, radosną naturę. Cieszyła się życiem, a jej wiara również była radosna. Dlatego dla sióstr i dla tych, którzy ją znali, była po prostu „Vlastička”. Karmelici wtedy nie mieli ani habitów. Dopiero zaczęli je szyć. Vlastička chętnie przypominała sobie, jak P. Vojtěch przyszedł ubrany w swoim pierwszym habicie i pytał ją o to: „Jak ci się podoba?” A ona odpowiedziała mu z własnym humorem: „Podoba mi się ten karmelita.”
Kiedy w 1991 roku przyjechał do Czechosłowacji generalny przełożony P. John Malley z P. Redemptem Valabkiem, spotkali się z siostrami i rozmawiali z nimi o tym, czy spróbują żyć razem jako wspólnota, a potem założyć klasztor. Jednak starsze siostry nie chciały, ponieważ miały tylko kilka lat do emerytury, nie wiedziały, czy w swoim wieku mogą przyjąć jeszcze tak dużą zmianę, i nie chciały narażać się na niepewność egzystencjalną. Vlasta Pastyříková wtedy czuła jako swoje zobowiązanie, że musi opiekować się swoją siostrą i jej córką. A generał zakonu pozwolił jej żyć także jako karmelitka dalej poza wspólnotą sama i nie jechać na wstępną formację do klasztoru do Włoch.
W 1993 roku w klasztorze w Vydří z kandydatkami do życia zakonnego w Karmelu, które nie chciały żyć w stałym klauzurowym, utworzono wspólnotę Sióstr Panny Marii, Królowej Karmelu. Opiekował się nimi P. Vojtěch. Vlasta Pastyříková pozostała na uboczu. Na skraju życia wspominała:
Nie znosiłam tego dobrze. Ale ojciec Metoděj, ten pisał do mnie, więc nie byłam sama. Lubię go. I cieszę się, że go lubię.
(Tak żywo wspominała go i mówiła o nim, nawet kilka lat po jego śmierci). Z kręgu Karmelu od czasu do czasu odwiedzał ją P. Vojtěch i kilku najbliższych znajomych.
Mieszkała ze swoimi krewnymi i aż do starości była całkowicie samodzielna. Potem upadła i złamała sobie kości miednicy. Według lekarzy nie było już nadziei, że mogłaby kiedykolwiek znów chodzić. Po wypisaniu z oddziału intensywnej terapii musiała jeszcze spędzić jakiś czas na LDN w szpitalu w Jihlavie, ale tamtejsze środowisko w towarzystwie apatycznych babć ją zabijało – traciła chęć do życia – i tam mogłaby wkrótce umrzeć. Krewni więc zabrali ją z powrotem do Jamného, do jej rodzinnego domku, gdzie potem żyła jako leżący pacjent w swoim mieszkaniu. Zmiana środowiska bardzo jej pomogła; całkowicie ożyła, jakby się odmłodziła. Znowu żyła jako radosny, naprawdę szczęśliwy człowiek. Cieszyła się z rzeczy Bożych, ale również przypominała sobie, że lubiła tańczyć i lubiła muzykę ludową.
Kiedy jej krewni nie mogli się już dłużej o nią troszczyć, ponieważ musieli dojeżdżać do dalszej pracy, trafiła do Domu Pomocy Społecznej w niedalekim Ždírci. Tam czuła się całkiem dobrze i wkrótce polubili ją zarówno pacjenci, jak i personel. A czasem zdarzało się, że którejś ze swoich współlokatorek uczyła modlitwy.
Na początku roku 2015 stopniowo zaczęły ją opuszczać siły: nie mogła czytać, przestała z korespondencją, stopniowo zaczęła tracić zainteresowanie ziemskimi sprawami... Mimo to była nadal bardzo cierpliwa i spokojna. Zmarła 11. 9. 2015 w Domu Pomocy Społecznej w Ždírci. Msza pogrzebowa odbyła się w sobotę 19. 9. 2015 w Jamném koło Polné.
Pozwólcie, że dołączę jeszcze kilka strzępków jej mądrości i pobożności, które wypowiedziała tak na marginesie wspomnień, o które ją prosiłem. Są proste, piękne i wierzę, że także pouczające. Mogą być dla nas zachętą do wdzięczności za jej świadectwo oraz do determinacji, aby wypełnić podobną prostotą i miłością także niepowtarzalną historię życia i wiary każdego z nas.
- Miłość nie umiera. To tylko ludzie.
- Byłam „opętana” poezją. Poezja to ukryta teologia, jak ktoś powiedział. (Przy czym jej poezją były teksty piosenek: ludowych, kościelnych i popularnych.)
- (Kiedy pytałem ją o szczegóły z jej życia, na które już nie potrafiła sobie przypomnieć, powiedziała mi:) Wiecie, pewne rzeczy już nie muszę wiedzieć. Wiedziałam to, wiem to – we mnie jest coś zbudowanego, co nie da się tak łatwo zniszczyć.
- Nie trudzie się myśleć, o co mam prosić w modlitwie. Zawsze proszę o miłość. Tego brakuje.
- Bóg mnie kocha. Mam dużo dowodów!