O. Ivan Hrůša, O.Carm.
Różnic w obrazie Boga, który przedstawia Stary i Nowy Testament, jest więcej. Wiele z nich wynika z tego, że każda z obu części chrześcijańskiego Pisma została spisana w innej epoce i dla nieco odmiennych grup czytelników lub słuchaczy. Pisma Starego Testamentu kierowały się najpierw do Izraelitów, żyjących w staroindyjskiej, politeistycznej kulturze, w której każdy ród czy naród pojmował swoje bóstwo przede wszystkim jako „bóstwo tylko dla nas”, czyli nie dla innych narodów; Nowy Testament ma z kolei dotrzeć do ludzi, dla których – dzięki kulturze, w której się wychowali – znacznie łatwiej jest przyjąć wyobrażenie, że istnieje tylko jeden Bóg, który jest w jednakowej mierze dobrym Bogiem i darczyńcą życia dla wszystkich ludzi.
Jednocześnie uważne czytanie Pisma może pokazać, że Izrael stopniowo dochodził do głębszego poznania Boga, dzięki rosnącemu i pogłębiającemu się doświadczeniu na przestrzeni wieków, tak że późniejsze pisma biblijne mogą mówić o Bogu inaczej niż starsze teksty. Pomimo wszystkich różnic jednak pozostaje prawdą, że Bóg Starego i Nowego Testamentu jest jeden i ten sam. Nie można na przykład uprościć sprawy, mówiąc, że w Starym Testamencie Bóg był surowszy, a w Nowym Testamencie Bóg miłosierniejszy.
Mimo to Nowy Testament przynosi coś, czego nie znajdziemy nigdzie w Starym Testamencie i co tworzy zasadniczą różnicę w wierze ludu Bożego starotestamentowego i nowotestamentowego: Nowy Testament odkrywa wcielenie Bożego Syna. Ta różnica obu części Pisma odzwierciedla się w nowotestamentowym wyobrażeniu o Bogu, w podejściu człowieka do Boga, w praktycznym życiu duchowym. Dobrze jest to widoczne w biblijnych obrazach:
- w Starym Testamencie Pan jest winnicą, Izrael jest winnicą; w Nowym Testamencie Ojciec jest winnicą, Jezus jest krzewem winnym, my jesteśmy gałęziami;
- w Starym Testamencie Bóg jest pasterzem, my jesteśmy owcami; w Nowym Testamencie Chrystus jest pasterzem i jednocześnie owcą, Barankiem.
Jeśli Nowy Testament objawia, że Bóg stał się człowiekiem (Jan 1,14), ma to dalekosiężne konsekwencje. Iść do Boga nie oznacza więc odrzucić to, co ludzkie, lecz poddać się przeniknięciu Duchem:
„Dlatego klękam na kolana przed Ojcem, od którego pochodzi każdy rodz w niebie i na ziemi, i proszę, aby się dla bogactwa Bożej chwały w was Jego Duchem wzmocnił i utwierdził ‘wewnętrzny człowiek’ i aby Chrystus przez wiarę mieszkał w waszych sercach; i tak, abyście zakorzenieni i ugruntowani w miłości mogli wspólnie z wszystkimi braćmi pojąć, co jest prawdziwa szerokość i długość, wysokość i głębokość: poznać miłość Chrystusa, która przewyższa wszelką wiedzę, i dać się przeniknąć całą pełnią Bożą.” (Ef 3,14–19)
To, co w nas ludzkie, nie jest negatywnym przeciwieństwem Bożego, nie ma być usunięte, lecz przemienione. Ponieważ w Chrystusie „mieszka całkowita pełnia bóstwa fizycznie” (Kol 2,9 – dosłowny przekład), cielesność nie jest przeszkodą dla bóstwa, lecz obie rzeczy mają się wzajemnie przenikać. Usunięty musi być tylko grzech, który nie jest czymś pozytywnie ludzkim, lecz szkodzi i niszczy ludzką naturę.
Stawianie w opozycji ciała i ducha nie odpowiada biblijnemu myśleniu. Niebo i ziemia nie mają ulec zniszczeniu, ale mają być odnowione (Obj 21,5). Materialne stworzenie Boże nie jest przeznaczone na zniszczenie, lecz na przemianę. W wyznaniu wiary modlimy się: „Wierzę w zmartwychwstanie ciała”. Dzięki wcieleniu Chrystusa duchowe nie oznacza tłumienia materialnego, a życie duchowe nie ma zastępować, ani nie ma wyprzedzać życia naturalnego.
Cielesna strona człowieka była w chrześcijaństwie często niedoceniana. Impulsem do tego mogą być również niektóre fragmenty Nowego Testamentu, w których ciało jest związane z grzechem i ze śmiercią, a nawet uznawane za siedlisko grzechu (np. Rz 7,14–24). Jednak „ciało” w takich tekstach nowotestamentalnych nie można automatycznie rozumieć jako cielesnej powłoki człowieka. „Ciało” oznacza tu wszystko, co jest w człowieku oderwane od Boga, a więc podległe śmierci (co się następnie widocznie przejawia na ciele fizycznym). W pierwszej kolejności chodzi tu o pragnienia i postawy umysłu, które są skierowane przeciwko Bogu, a także o wszelkie grzeszne ludzkie działanie, co bliżej wyjaśnia na przykład List do Kolosan: „Dlatego umartwiajcie swoje ziemskie namiętności (dosłownie: kończyny, które są na ziemi): wszeteczeństwo, nieczystość, namiętność, złą żądzę oraz chciwość... gniew, złość, zło, bluźnierstwo, oszczerstwa” (Kol 3,5–8). Jak sugeruje kolejny werset listu, przez „ziemskie członki” rozumie się „starego człowieka” (Kol 3,9), czyli człowieka (nadal) odwróconego od Boga, a nie ludzką cielesność w dzisiejszym rozumieniu. Nieprawidłowe zrozumienie podobnych fragmentów Pisma może łatwo prowadzić do przekonania, że to, co cielesne, jest w porównaniu z duchowym mniej wartościowe i samo w sobie grzeszne. Szczególnie wyraziste to potępienie ujawnia się w stosunku do seksualności, mimo że z jakim czułością i pięknem poetyckich obrazów uwielbia miłość między mężczyzną a kobietą Pieśń nad Pieśniami. Jednak Bożym Słowem negatywne ocenianie cielesności nie ma uzasadnienia.
Niedocenianie wcielenia jest również niedocenianiem ludzkiego wsparcia w życiu, niedocenianiem potrzeby ludzkiej miłości. Jakoby ten, kto kocha Boga, już nie potrzebował miłości człowieka, albo jakoby ludzka miłość wręcz stała w opozycji do miłości do Boga. W Piśmie jednak miłość do Boga nie ma umniejszać miłości do człowieka, chyba że przywiązanie do drugiego człowieka zagrażałoby wierze i prowadziło do odrzucenia Boga (por. Pwt 7,1–5; Łk 14,25–27). Ewangelie pokazują, że Syn Boży wcielając się całkowicie włączył się w świat ludzkich relacji: narodził się jako dziecko całkowicie zależne od ludzkiej miłości; kochał Łazarza, Martę i Marię (Jan 11,5); Ewangelia Jana mówi o „uczniu, którego Jezus ukochał” (np. Jan 13,23). Relacje Jezusa nie były zatem bezosobowe i jednorodne wobec wszystkich. Także z prośby Jezusa do uczniów w Ogrodzie Getsemańskim jasno widać, że Jezus potrzebował ludzkiego wsparcia: „Zostańcie tutaj i czuwajcie ze mną” (Mt 26,38). Ani my nie możemy pójść dalej, niż poszedł Chrystus. Nie możemy obejść się bez ludzi i uznawać miłość innych za coś niematerialnego.
„Ludzkie” ma być przeniknięte Duchem. W 1 Kor 15,44 święty Paweł mówi o ciele, które powstanie w zmartwychwstaniu, jako o „ciele duchowym” (sóma pneumatikon), czyli o ciele przenikniętym Duchem Świętym, w przeciwieństwie do „ciała powstałego z duszy” (sóma psychikon), przez które rozumie się ciało ziemskiej istoty żywej.1 W takim duchowym ciele zmartwychwstał Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, i w takim ciele mieszka cała pełnia bóstwa na wieki!
Dzięki wcieleniu Chrystusa chrześcijańska mistyka i życie duchowe nie jest ucieczką z ciała ani zlikwidowaniem materialnego, ciałowatego, lecz jego przemianą. Oznacza to przenikanie tego, co cielesne, Bożym Duchem. Życie duchowe to nie nasze modlitwy i wysiłki, ale życie Chrystusa, Duch Święty, w nas. Życie, które jest bardziej Chrystusowe niż nasze, i to bardziej dosłownie niż w przenośnym sensie. „Już nie żyję ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Gal 2,20). To zdanie często jest rozumiane tak, że święty Paweł przeszedł bardzo daleko na duchowej drodze i że całkowicie oddał się Chrystusowi. W kontekście Listu do Galatów jednak oczywiste jest, że nie chodzi o jakiś stopień duchowej doskonałości, lecz o podstawową zasadę życia chrześcijańskiego. Paweł sam w sobie jest martwy, ponieważ jest (Mojżeszowym) prawem oskarżony o grzech i skazany na śmierć – nie ma w sobie życia, lecz śmierć. Fizyka zatem w miejscu Pawła przez grzech zlikwidowany był Chrystus. Lecz „Bóg Go wzbudził, śmierć nie mogła Go zatrzymać w swojej mocy” (Dz 2,24) i życie, które ma od Ojca i które już nie podlega śmierci, Jezus przez Ducha Świętego wlewa w Pawła. „Duchowe życie” Pawła więc nie jest jego wysiłkiem i wynikiem jego duchowego starania. To wyraz i owoc żywej obecności Jezusa w Pawle samym. W Chrystusie „Słowo stało się ciałem” (Jan 1,14), aby człowiek mógł „poznać miłość Chrystusa, która przewyższa wszelką wiedzę, i dać się przeniknąć całą pełnią Bożą” (Ef 3,19).