Żyć charyzmatem i misją Karmelu dzisiaj (część 2)

P. Saverio Cannistra, OCD

Przekroczyć granicę

Myślę, że gdybyśmy mieli powiedzieć, czym jest misja,1 tak, aby wyrazić nie tylko jej teologiczną wymiar, ale także jej egzystencjalny wpływ, powiedzielibyśmy, że o misji mówi się zawsze, gdy stajemy przed jakimś wyzwaniem „przekroczenia granicy”. Podświadomie łączymy misję z doświadczeniem podróży i przygody. W rzeczywistości jednak misja charakteryzuje się przejściem z terytorium, które do nas należy, na terytorium, które jest nam obce i o które walczymy. W tym sensie istnieją – i trzeba je pokonywać – granice nie tylko geograficzne, ale także społeczno-ekonomiczne, kulturowe, etniczne i – coraz częściej – międzypokoleniowe. Przekraczanie granic budzi w nas strach. Ten czyn wymaga odwagi, aby pokonać opór otoczenia, wewnętrznej siły, by zrezygnować z tego, co jest dla nas zabezpieczeniem i ochroną, a przede wszystkim wymaga pragnienia sięgnięcia do drugiego człowieka, uczynienia z siebie bliźniego.2

Ale przede wszystkim misja to akt teologalny, który wykonują nie ci, którzy są silni i cnotliwi, ale jest to raczej akt ubogich, którzy wierzą, to znaczy powierzają swoje życie w ręce Boga, o którym wiedzą, że ich kocha i prowadzi.

Ten teologalny korzeń misji chciałbym podkreślić. Chrześcijanin czy zakonnik nie jest misjonarzem, ponieważ chce nim być, nie jest misjonarzem tylko dlatego, że jest wrażliwy na problemy społeczne, ponieważ chce żyć życiem skromniejszym i radykalniejszym, ani dlatego, że lubi przygody, albo potrzebuje uciec od trudności, które przeżywa w swoim otoczeniu. Oczywiście, w decyzji o misji takie motywacje często mają wpływ i swoją wartość, ale – podobnie jak wszystkie inne „ludzkie” powody – potrzebują oczyszczenia i dojścia do pełni. Najautentyczniejsze i najradikalniejsze ujęcie misji nie pochodzi z ciała, ale z Ducha, to znaczy z więzi, która jednoczy nas z Chrystusem. I dlatego nie można być prawdziwymi chrześcijanami, nie będąc misjonarzami. Jestem misjonarzem w tym sensie, że już nie należę do siebie, nie jestem już panem swojego życia, ale otrzymuję je od Niego, odnowione pod względem sensu i tego, jak rozumiem samego siebie. Moja misja jest przedłużeniem misji Jezusa Chrystusa, którą zrealizował wobec mnie, gdy przyszedł do mnie, spotkał się ze mną i przez przymierze, które zmienia bieg mojego istnienia, uczynił mnie swoim. Jeśli swojego życia nie żyję już sam jako jednostka, ale jedynym sensem mojego życia jest to, by był to „życie w Chrystusie”, jak mówi św. Paweł,3 to nie do pomyślenia, aby takie życie nie było pojmowane jako misja, posłanie. To, co mówi von Balthasar o Jezusie: że jego osoba jest tożsama z jego misją, to znaczy, że jego istnienie jest rzeczywiście bytem-posłaniem, to dotyczy również każdego człowieka, który żyje w Chrystusie, każdego, kto jest nowym stworzeniem, nowonarodzonym jako człon Kristowego ciała.

Te rozważania chrystologiczne i antropologiczne nie są jedynie spekulacją. Służą nam do tego, aby na nowo położyć w fundamentach misji przynależność do Jezusa Chrystusa, przymierze z Nim, posłuszeństwo Jego woli. Tak jak powołanie nie oznacza wybrania sobie, ale bycia wybranym, tak i misja nie jest naszym wyborem, w którym ruszamy naprzód, uzbrojeni w odwagę i dobrą wolę, ale jest posłuszną odpowiedzią temu, który nas posyła, niezaopatrzoną w ludzkie pewności, niezaopatrzoną w środki ani cnoty, ale solidnie zakotwiczoną w Jego obietnicy: „Ja będę z tobą.”4

Ilustracyjne zdjęcie P. Wojciecha Kodeta Jest więc łatwo zrozumieć, że misja musi siłę i motywację, światło i rozeznanie nieustannie czerpać z dialogu „misjonarza” z Panem, który go posłał. Zbyt często myślimy, że misja jest jakimś dziełem, które mamy wykonać i rozwijać według ludzkich miar, i nie dajemy miejsca temu, co chce nam powiedzieć Pan, co proponuje nam w ciszy modlitwy, w głębinach naszego sumienia lub także w rozeznaniu naszej wspólnoty, zgromadzonej w Jego imieniu, o której obiecał, że będzie obecny w jej środku. Jeżeli postępujemy tylko według naszych przyzwyczajeń, ryzykujemy, że nie dostrzegamy innych możliwości obecności (w obecnym świecie) i głoszenia ewangelii, możliwości prawdopodobnie bardziej proroczych i bardziej odpowiadających naszemu karmelitańskiemu powołaniu.

Bojazliwa misja

Przyznaję, że kiedy przez te lata (swojej posługi w roli generała) podróżowałem po (całym) świecie, spotkałem wielu współbraci, którzy ciężko pracują, z oddaniem starają się zapewnić wiernym głoszenie Słowa, katechezę i sakramenty, i to wszystko w czasami bardzo trudnych sytuacjach, z dziesiątkami kilometrów przechadzonych pieszo, w upale lub zimnie, mimo choroby i życiowych zmagań, pozbawionych wygód naszego zachodniego świata. Za to wszystko dziękuję Bogu i swoim braciom. Jednocześnie nie mogę ukryć poczucia, że misja ma często postać pracy duszpasterskiej w parafiach, którą wspieramy lokalny kościół, gdy kapłanów jest mało, a wiernych wielu. I nie jest jasne, w czym tkwi to specyficzne czy nowe, czym się wyróżnia misja. Oczywistą jest różnica, wynikająca z różnych warunków społeczno-ekonomicznych i kulturowych, ale czy misja polega tylko na tym? Czy chodzi tylko o to, by przenieść w inne miejsca to, co robimy w naszych kościołach na Zachodzie? Zresztą nawet w naszym starym świecie, który ma antyczną chrześcijańską tradycję: czy to wystarczy, co robimy w naszych kościołach i wspólnotach, aby móc to uważać za misję? Jakie granice mamy przekroczyć, jeśli to jest decydujący znak prawdziwej misji?

Może to wydać się trochę dziwne, ale nie potrafię oddzielić myśli o przekraczaniu, przekraczaniu granicy od doświadczeń walki. Granice są zazwyczaj strzeżone i nie można ich przekroczyć bez wejścia w konflikt z ich strażnikami, z tymi, którzy trzymają nas w oddzieleniu. Różnica między zwykłą pracą duszpasterską, pokojowym administrowaniem stworzonych struktur kościelnych, a misją, polega według mojej opinii na owej walce. W tym sensie misja realizuje słowa Jezusa: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34). Miecz Jezusa oczywiście oznacza bunt przeciwko wrogom człowieka i Bożemu zamiarowi. To, że Jezus przyniósł miecz, jest prawdą do tego stopnia, że Jezusa zabili. Jego misję/posłanie uważano za realne niebezpieczeństwo, jako coś, co podważa istniejący porządek i co dlatego musi być zatrzymane za wszelką cenę. Wiemy również, że podążanie za Jezusem aż do tego momentu możliwe jest tylko dzięki darowi Ducha Świętego, który potrafi bezbronne i słabe osoby przekształcić w wzory siły i odwagi.

Kiedy mówię, że chrześcijańska misja zawsze zawiera aspekt walki, konfliktu z wrogimi siłami, nie wyrażam żadnej teologicznej ani ideologicznej opcji. Chodzi mi o to, aby naszą chrześcijańską egzystencję osadzić w historii i przypomnieć o sile wpływu, jaki ma na świecie głoszenie lub po prostu świadectwo o królestwie Bożym i o ewangelii Jezusa Chrystusa. Kiedy myślę o obszarze, który w chwili obecnej budzi największe obawy na świecie, o Bliskim Wschodzie, nie mogę zapomnieć o chrześcijańskich świadkach, którzy tutaj zginęli, walcząc pokojowo o wspólnoty, które przekraczają (przestępują) granice (poszczególnych) religii. Oczywiście myślę szczególnie o męczennikach z Tibhirine, ale nie tylko o nich. W pewnym sensie każdy, kto naprawdę kocha, ryzykuje. Wchodzi na terytorium, które należy do drugiego, i zbliża się „groźnie” do drugiego. To zbliżenie jest możliwe tylko pod warunkiem, że odseparujemy człowieczeństwo drugiego człowieka od tego, co go zniewala. W tym sensie misja i głoszenie ewangelii nie mogą nie obejmować także „uwolnienia” człowieka od tego, co go wiąże i oddziela od jego własnego człowieczeństwa.

Wydaje mi się, że w tym sensie nasza misja jest pewna „bojaźliwa”, pewna zastygnie, skostniała w ramach zwykłej pracy duszpasterskiej w parafii i w duszpasterstwie sakramentalnym. Jakby brakowało jej „ognia” Eliasza lub tego, o którym mówi Jezus: płomienia, który oświetla i ogrzewa człowieka, ale także pali wszystko, co jest przeciwko Bożej woli. Sam siebie pytam, czy w sobie mamy ten ogień, czy nie stał się on tylko jakimś (małym) płomykiem, który tli się pod warstwą popiołu. Musimy ten ogień rozdmuchać, a dokładniej: pozwolić Duchowi Świętemu, aby w niego zainwestował. Aby ten płomień w nas na nowo zapłonął i mógł wystrzelić w otoczenie.

Papież Franciszek wzywa cały Kościół, aby „wyszedł z samego siebie”. Kościół, który zajmuje się samym sobą, przegląda się w lustrze, choruje, rdzewieje. Żywą i zdrową czyni Kościół to, że wychodzi do innych z dynamizmem misji. Papież Franciszek jeszcze jako kardynał Bergoglio mówił, że Jezus, który jest wewnątrz Kościoła i wewnątrz każdego chrześcijanina, puka nie z zewnątrz, ale od wewnątrz, abyśmy otworzyli Mu drzwi i wypuścili Go na zewnątrz, pozwolili Mu kontynuować Jego misję wobec świata, wobec tych najodleglejszych peryferii. Musimy na nowo odkryć radość, siłę i odwagę do ewangelizacji, głoszenia dobrej nowiny, która nie jest przede wszystkim jakąś doktryną, ale osobą, jak wiele razy przypominał nam papież Benedykt. „Ewangelizować oznacza przynosić innym radosną nowinę o zbawieniu, a tą radosną nowiną jest jedna osoba: Jezus Chrystus. Kiedy spotykam Jezusa i rozumiem, jak bardzo Bóg mnie kocha i On przynosi mi zbawienie, rodzi się we mnie nie tylko pragnienie, ale i potrzeba, aby poznawali Go inni.”5

Karmel, dzięki temu, że koncentruje się na relacji z Jezusem, z Jego zmartwychwstałym człowieczeństwem, może znacząco przyczynić się do misji i nowej ewangelizacji Kościoła. Teresa od Jezusa, Teresa od Dzieciątka Jezus i wielu naszych braci i sióstr pokazują nam to i wzywają do osiągnięcia szczytów naszego powołania. Łatwo jest tracić odwagę, to częste pokusa, by obniżyć poprzeczkę, zmniejszyć horyzont do domowych wymiarów, w których mamy spokój. Ale po to nie przyszliśmy do Karmelu. Przyszliśmy, aby miłować, i do tego nie można dojść, jeśli nie oddamy swojego życia na świadectwo o tym, jak bardzo to życie jest kochane i godne miłości.

Przetłumaczyła z włoskiego Martina Vintrová


1 2 3