Przemienienie Pańskie (część 2)

biblijna medytacja dotycząca czwartego tajemniczy różańca światła (dokończenie)

P. Wojciech Broż

Mateusz (Mt 17,1–9)
Po sześciu dniach Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i jego brata Jana i poprowadził ich na wysoką górę, aby byli sam na sam. I został przed nimi przemieniony: jego twarz zajaśniała jak słońce, a jego odzież stała się biała jak światło. A oto ukazali im się Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z nim. Piotr zabrał głos i rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że jesteśmy tutaj. Chcesz, abym postawił tutaj trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza.” Gdy jeszcze mówił, nagle otoczył ich świetlisty obłok, a z obłoku dał się słyszeć głos: „To jest mój umiłowany Syn, w Nim mam upodobanie, Jego słuchajcie!” Gdy uczniowie to usłyszeli, upadli na twarz i bardzo się przestraszyli. Jezus przystąpił, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie bójcie się!” Podnieśli oczy i nikogo innego nie widzieli, tylko samego Jezusa. Gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im: „Nikomu o tej wizji nie mówcie, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.”

Opis przemienienia u Mateusza jest podobny do opowiadania Marka – z drobnymi różnicami, o których wspomnimy. Również kontekst jest taki sam jak u Marka: przemienienie następuje po wyznaniu Piotra o boskości Jezusa w Cezarei Filipowej i po pierwszej zapowiedzi cierpienia Jezusa. To wskazuje, że ogólny sens perykopy będzie podobny jak u Marka. Czytając jednak tę perykopę w ogólnym kontekście Ewangelii Mateusza i jego teologii, poszczególne elementy opowiadania zyskują własny kolor. W Ewangelii Mateusza Jezus nie jest tylko Mesjaszem, eschatologicznym prorokiem, ale także nowym Mojżeszem, założycielem i prawodawcą ludu nowego Przymierza. Tak go widzimy przede wszystkim podczas jego kazania na górze (5–7). W tym świetle możemy również dostrzec wydarzenie przemienienia.

Scena przypomina Wj 24, gdzie opisane jest objawienie Pana na Synaju i darowanie kamiennych tablic z Prawem. Również tam wspomniana jest wysoka góra oraz trzej towarzysze Mojżesza: Aaron, Nadab i Abihu. Gdy Mojżesz sam wstąpił na górę, pokrył ją obłok. Siódmego dnia Pan wezwał Mojżesza z pośrodku obłoku. To wydarzenie jest centralnym punktem opowiadania o ustanowieniu Przymierza między Panem a jego ludem, uwolnionym z Egiptu. Przymierze jest darem łaski, który Bóg zaoferował z własnej niepojętej miłości, na podstawie swojego najzupełniej wolnego zamiaru o wybraniu. Izrael w żadnym wypadku nie przyczynił się do ustanowienia Przymierza żadną swoją wcześniejszą jakością czy zasługą. Ale aby trwać w Przymierzu, wymagana jest od ludzi wierność Panu, objawiana w posłuszeństwie jego słowu, jego przykazaniom oraz innym nakazom Prawa. Motyw góry jest szczególnie bliski Mateuszowi. Wysoka góra pojawia się, poza przemienieniem, już wcześniej w scenie kuszenia (4,8) i potem na końcu, przy posłaniu apostołów (28,16). Góra jest więc w Ewangelii Mateusza obecna na początku, w środku i na końcu publicznego życia Jezusa. Na pierwszej górze Jezus sam potwierdzi posłuszeństwo Ojcu i nie ulegnie pokusie zdobycia wszystkich królestw i chwały świata (pod warunkiem, że ukłoni się szatanowi, czyli odmówi Bogu jako najwyższemu panu); tym samym udowodni doskonałą postawę Przymierza. Na drugiej górze, podczas przemienienia, uczniowie są wezwani do posłuszeństwa Synowi, a tym samym Bogu. Wreszcie na trzeciej górze są posłani, aby zdobyli Jezusowi uczniów spośród wszystkich narodów i nauczyli ich przestrzegać wszystkiego, co Jezus im nakazał. Tym samym będą prowadzić ich do prawidłowej postawy Przymierza.

Bliskość wydarzenia przemienienia Jezusa na górze do starotestamentalnego opowiadania o zawarciu Przymierza na Synaju rzuca charakterystyczne światło na poszczególne detale w opisie Mateusza. W przeciwieństwie do Marka, u którego Jezusowi świecił tylko jego szat, Mateusz potwierdza, że twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, a jego odzież stała się biała jak światło. To przypomina twarz Mojżesza, która po spotkaniu z Panem na górze jaśniała (por. Wj 34,29). W ten sposób teraz jaśnieje twarz Jezusa. Nie mówi się jednak, że świeciła od spotkania z Bogiem. Świeci sama z siebie. W ten sposób Jezus daleko przewyższa Mojżesza. Słońce i światło, do których porównywana jest jasność twarzy i odzieży Jezusa, są symbolami spełnienia, boskości. Jeśli Jezus świeci sam z siebie, oznacza to, że jest doskonałym spełnieniem, że niesie w sobie wszelką pełnię. Zgodnie z apokaliptycznym judaizmem sprawiedliwi na końcu czasów będą jaśnieć jak gwiazdy (Dn 12,3). Jezus przynosi w sobie kres czasów, Jezus jest eschaton.1

Obecność Mojżesza i Eliasza możemy znów dostrzegać przede wszystkim w kontekście tematu Przymierza, które obejmuje Prawo jako przestrzeń, w której porusza się ludzka wierność Panu. Mojżesz jest prawodawcą Izraela. Eliasz jest pierwszym prorokiem, pierwszym z szeregu tych, którzy piętnowali niewierność ludu wobec Pana i jego prawa i starali się przywrócić Izraelowi posłuszeństwo. Mojżesz i Eliasz reprezentują więc Prawo i Proroków. I w momencie, gdy Ojciec świadczy o Jezusie, cały Stary Testament, Prawo i Prorocy, Mojżesz i Eliasz także wydają o nim świadectwo. Jezus jest z nimi, a jednocześnie ponad nimi. Oni stoją tutaj jako jego świadkowie. Jezus przyszedł wypełnić Prawo i Proroków (5,17).

Piotr na wizji reaguje jak u Marka: „Ustanowię trzy namioty...” Jest tylko jedna mała różnica, a mianowicie liczba pojedyncza: to odpowiada znaczeniu postaci Piotra u Mateusza. Z tego samego powodu najprawdopodobniej pominięto komentarz o bezsensowności propozycji Piotra; takie ocenienie wyrażone jest tylko nieprzedeptycznie: podczas gdy Piotr mówi, objawienie kończy się. Ludzki wykład wizji jest bowiem niewystarczający. Piotr chce przygotować trzy namioty, każdy dla każdego ten sam. Tym samym stawia – przynajmniej niejawnie – Jezusa w tej samej linii co Mojżesza i Eliasza. Ma ich za trzech równorzędnych nosicieli Objawienia. Nie rozróżnia między Jezusem a pośrednikami starego przymierza. Boski głos go poprawi.

Głos z obłoku stanowi centrum całego opowiadania. Przekazuje Boskie wyjaśnienie wizji, które jedynie jest kompetentne, i w ten sposób koryguje i uzupełnia interpretację Piotra. Bóg tu ogłasza Jezusa jako eschatologicznego nosiciela Objawienia. Powtarza i rozszerza stwierdzenie, które zabrzmiało podczas chrztu Jezusa. Rozszerza o słowa: „Jego słuchajcie!”, przy czym nacisk kładzie na zaimek: „Jego słuchajcie!” Jeżeli to zostaje powiedziane w obecności Mojżesza i Eliasza, starotestamentalnych nosicieli objawienia, wtedy Bóg wskazuje, że Jezus przewyższa ich jako eschatologiczny nosiciel Objawienia. Nie już Stary Testament, lecz Jezus sam jest obowiązującym głosem, jego mają słuchać uczniowie, a nie Mojżesz i Eliasz.

Jezus jest Mesjaszem, który wypełnia Prawo i Proroków (5,17), eschatologicznym Prorokiem, obiecanym przez Mojżesza (Pwt 18,15nn.). Jako eschatologiczny nosiciel Objawienia jest też nowym namiotem spotkania, na który – właśnie jak teraz na Jezusa – zstępował obłok Bożej chwały. W namiocie spotkania Mojżesz miał pouczenie, objawienie. Źródłem Objawienia jest teraz Jezus – to Jego należy słuchać. Jezus jest jednak więcej niż obiecanym prorokiem, więcej niż nowym Mojżeszem. W starej opowieści na Synaju Bóg objawił się i przedstawił w formule wprowadzającej dekalog: „Ja jestem Pan, twój Bóg” (Wj 20,2). Tutaj brzmi jego głos, który przedstawia swojego Syna: „To jest mój umiłowany Syn, Jego słuchajcie!” Jezus nie jest tylko następcą Mojżesza, ale jest przedstawicielem Bożym, Synem Bożym!

Jezus jest nosicielem ostatecznego objawienia, eschatologicznym Prorokiem, nowym Mojżeszem, żywą Torą, namiotem spotkania z Bogiem, ucieleśnionym Przymierzem, umiłowanym Synem. Jezus już nie jest żadnym poprzednikiem, Jezus jest spełnieniem wszystkiego. Dlatego ostatecznie pozostaje z uczniami sam.

Łukasz (9,28–36)
Chyba osiem dni po tych słowach Jezus wziął ze sobą Piotra, Jana i Jakuba i poszedł z nimi na górę, aby się modlić. Kiedy się modlił, jego twarz się zmieniła, a jego szaty zajaśniały. A oto rozmawiali z nim dwaj mężczyźni – był to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się w chwale i mówili o jego wyjściu, które miał spełnić w Jerozolimie. Piotra i jego towarzyszy ogarnął sen. Gdy się obudzili, ujrzeli jego chwałę i tych dwóch mężczyzn stojących przy nim. Gdy ci od niego odeszli, Piotr powiedział do Jezusa: „Mistrzu, dobrze, że jesteśmy tutaj! Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza.” Nie wiedział, co mówi. A gdy to mówił, pojawił się obłok i otoczył ich. Gdy weszli w obłok, ogarnął ich lęk. Z obłoku dał się słyszeć głos: „To jest mój wybrany Syn, Jego słuchajcie!” Gdy ten głos się odezwał, Jezus był już sam. Zachowali o tym milczenie i nikomu w tamtych dniach nie powiedzieli nic o tym, co widzieli.

Choć podstawowy zarys i kontekst pozostaje taki sam jak u Marka i Mateusza, jednak opis przemienienia Pana u Łukasza różni się w niektórych istotnych detalach i dodatkach. Pierwszą różnicę możemy dostrzec już w pierwszym wersu perykopy: chodzi o inny wskaźnik czasowy niż u pozostałych dwóch ewangelistów: tamta to po sześciu dniach od wyznania Piotra w Cezarei. Tutaj jest to chyba osiem dni po tych słowach, po słowach Jezusa, które nastąpiły po wyznaniu Piotra o mesjanizmie Jezusa, a więc po słowach, które po raz pierwszy zapowiedziały jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie, a także określiły dla swoich uczniów warunki do naśladowania: zapierać się samego siebie, codziennie przyjmować swój krzyż, nie wstydzić się Syna człowieczego (9,18–27). Osiem dni po tych słowach, to nie tylko wskaźnik czasowy, ale także nawiązanie do treści. Przemienienie jest w ten sposób związane zarówno z pytaniem: „Kim jest Jezus?”, jak i z jego drogą do Jerozolimy, gdzie będzie umęczony i zmartwychwstanie, a także z wymogiem, aby uczniowie również szli tą drogą.

Kolejną drobną odchyleniem jest inne uporządkowanie uczniów niż u Marka i Mateusza. Łukasz stawia Jana przed Jakubem. Może w czasie pisania ewangelii Jakub był już nieżywy, a Jan więc był bardziej znaczący?

Łukasz z przyjemnością stawia Jana obok Piotra (por. Łk 22,8; Dz 3,1; 8,14).

Wejście na górę ma u Łukasza wyraźny zamiar: spotkanie z Bogiem w modlitwie. Dwukrotnie wspomniane jest, że Jezus się modlił. W Ewangelii Łukasza wielokrotnie powracamy do tego, że Jezus się modli. Jezus modlił się przy chrzcie w Jordanie (3,21); całą noc modlił się na górze (!) przed wyborem dwunastu apostołów (6,12); również modlił się przed zadaniem uczniom pytania: „Za kogo mnie uważają ludzie?” (9,18); w Duchu Świętym z radością wysławiał Ojca za to, że swoje tajemnice ukrył przed mądrymi i inteligentnymi, a objawił mali (10,21); czasami modlił się w samotności, co wzbudziło w uczniach chęć, aby nauczyć się od niego modlić, na co Jezus nauczył ich Ojcze nasz (11,1nn.); w trudnej chwili modlił się na górze oliwnej (znowu góra jako miejsce modlitwy!) (22,39nn.); w końcu modli się na krzyżu (23,34.46). Motyw modlitwy wewnętrznie łączy wszystkie te momenty. W szczególny sposób przemienienie na górze jest bliskie modlitwie Jezusa na górze oliwnej. Tam także jest noc, Jezus się modli, a uczniowie śpią. Tym samym zestawia się chwała na górze przemienienia z cierpieniem.

Samo przemienienie jest przez Łukasza krótko opisane i znowu w sposób własny, niezależnie od źródeł, z których pochodził: wyraz jego twarzy się zmienił, dosłownie: jest „inny”.

Tylko u Łukasza podano treść rozmowy Mojżesza i Eliasza z Jezusem. A temat rozmowy nadaje znaczenie całej scenie i współbrzmi z kontekstem, w którym się znajduje, mianowicie z drogą do Jerozolimy. Mojżesz i Eliasz mówią z Jezusem o jego drodze, dosłownie o jego wyjściu. Dla Łukasza połączenie Exodus i drogi Jezusa do Jerozolimy ma ogromne znaczenie. Jezus w swojej śmierci w Jerozolimie spełnia całą historię narodu izraelskiego, rozpoczętą wyjściem z Egiptu. Cała długa i tak trudna droga do wolności znajdzie spełnienie właśnie w śmierci Jezusa, a następnie w zmartwychwstaniu. Mojżesz i Eliasz mają tutaj więc inny sens niż u Marka i Mateusza. Są tutaj ze względu na związek z exodusem. Bardzo odpowiednio na ten temat pisze kardynał Ratzinger:2

„Mojżesz i Eliasz, dwaj wielcy cierpiętnicy dla Boga, rozmawiają o cierpieniu Jezusa, o jego wyjściu na krzyżu. Obaj są uprzywilejowanymi interpretami wyjścia. Mojżesz, przewodnik narodu przy wyjściu Izraela z Egiptu. Eliasz, który żyje w czasie historii Izraela, kiedy jego naród co prawda znajduje się geograficznie w Ziemi Obiecanej, jednakże w sposób istnienia wrócił do Egiptu, ponieważ żyje w zapomnieniu Boga w czasach tyranii króla, przez którego jednak wyraźnie ukazuje się tyrania istnienia, która powróciła do czasów sprzed exodusu. Słowo z Synaju, nakaz Przymierza, który był wewnętrznym celem wyjścia, został odrzucony jako więź, by ludzie doszli do wolności, którą sami by stworzyli, do wolności, która w rzeczywistości okazuje się najgłębszą tyranią. Tak Eliasz musi symbolicznie wrócić na Synaj, wędrować po drodze powrotnej Izraela, aby na nowo przynieść im z Bożej góry owoc wyjścia. U Eliasza w ten sposób wyraźnie dostrzegana jest własna istota opowiadania o wyjściu. Ta droga nie może być mocno ustalona na geograficznej czy politycznej mapie. Exodus, który nie prowadzi do przymierza, i właśnie tam, w życiu w oparciu o Przymierze, nie znajduje swojej „ziemi”, nie jest prawdziwym wyjściem.”

Mojżesz i Eliasz, Prawo i Prorocy, przewidywali, że Mesjasz „ma cierpieć, a tak dojść do swojej chwały” (por. Łk 24,25nn.44nn; Dz 26,23). Kiedy na górze przemienienia obaj mówią o jego wyjściu, nie ogłaszają tego Jezusowi; nie ma potrzeby, by go pouczać. Raczej jest to potwierdzenie dla uczniów z nieba tego, co Jezus sam zamierzał spełnić i co już im sam przepowiedział (9,22).

Wydaje się, że wszystko dzieje się w nocy, ponieważ uczniowie są przytłoczeni snem. Potem budzą się światłem, które wychodzi z twarzy i szat Jezusa. Sen uczniów, który tylko Łukasz wspomina, ma symboliczne znaczenie. Oznacza ich zamknięcie w sobie, niezdolność do dostrzegania pełni rzeczywistości, oznacza duchową otępienie, której prawdziwe znaczenie pozostanie ukryte. Czyli podobna postawa, jaką spotykamy także na górze oliwnej lub jaką spotykamy u uczniów z Emaus, niepojętnych i ospałych (24,25). To otępienie zostanie usunięte dopiero po Zmartwychwstaniu.

Przypomnienie Piotra o namiotach może być postrzegane jako niezrozumienie ucznia dotyczące prawdziwego znaczenia exodusu Jezusa. Chciałby chwały bez krzyża, obiecanej ziemi bez ryzykownego przejścia przez morze, życia wiecznego bez śmierci. Droga wyzwolenia jednak prowadzi przez krzyż, nie inaczej.

Podczas przemowy Piotra pojawił się obłok i otoczył ich. Ten obłok ich nie przygniata, jest nad nimi i mogą do niego wejść. Kto? Mojżesz i Eliasz na pewno nie, ponieważ oni już odeszli. Obłok więc otacza Jezusa i uczniów (u Marka i Mateusza: Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem). Tutaj istnieje większa intymność między Jezusem a uczniami. To również jasny znak, że uczniowie są przeznaczeni do udziału w chwale, którą Jezus ma, a na którą przez swój exodus da także udział swoim uczniom. „Możemy więc powiedzieć, że odejście Jezusa w Jerozolimie jest własnym i ostatecznym exodusem, w którym Jezus idzie drogą do wolności i sam staje się dla ludzkości drogą do wolności. Jeśli dołożymy, że Łukasz ukazał całe publiczne życie Jezusa jako pielgrzymkę zmierzającą do Jerozolimy, to życie Jezusa ujawnia się ogólnie jako exodus, w którym Jezus jest jednocześnie Mojżeszem i Izraelem.”3 Jak Izrael, Jezus dokonuje swojego exodusu przed nami i za nas, jako Mojżesz nas prowadzi, aby mogliśmy go naśladować. A mamy go naśladować. Sam Ojciec daje nam go za przewodnika: „Jego słuchajcie!”

W chwili przemienienia Jezusa, gdy ma postać chwały, mówi się o jego exodusie. To wskazuje, o jaką chwałę chodzi. Nie o nienaruszalny majestat, nie o rezultat pracowitego wzrostu, wspinania się na coraz wyższe miejsca. Jego chwała objawia się natomiast w zstąpieniu: z tronu chwały w naszą biedę. Tak w exodusie Jezusa w Jerozolimie spełnia się Boże zstąpienie, które rozpoczęło się podczas pierwszego exodusu (por. Wj 3,8): tam zstąpił Pan, aby wyzwolić swój zniewolony lud. Jezus także zstępuje, aby wyzwolić ludzkość zniewoloną grzechem. Zstąpi z góry, nie pozostanie na niej, jakby chce Piotr. Zstąpi w głębiny cierpienia, zstąpi do piekieł. Potem jednak uwielbiony wyjdzie z grobu, wstąpi do nieba. A za nim pozostanie otwarta droga – dla nas. Jedyna droga człowieka do chwały. Musimy iść za Jezusem drogą przemienienia. Musimy go słuchać, naśladować, przemieniać się ku jego podobieństwu. Jedyna przemiana człowieka, która da mu podobieństwo wiecznej chwały, to przemiana przez posłuszeństwo Ojcu. To posłuszeństwo, które Jezus potwierdził nie na górze przemienienia, ale na górze oliwnej. Do pełnego wyzwolenia człowieka dochodzi tam, gdzie mówi – nawet w krwawym pocie: „Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie!” (22,42). Laboratorium naszej wewnętrznej przemiany jest modlitwa. W modlitwie przestaję kręcić się wokół siebie i otwieram się na Boga, przekraczam swoje „ja” i wchodzę w Boży obłok, wyruszam w drogę z siebie, z niewoli swojego egoistycznego „ja”, abym mógł – przez śmierć samemu sobie – dotrzeć do Ziemi Obiecanej Bożego wiecznego „Ty”.

„Przemienienie Pana” w Ewangelii Jana (12,20–33)

Ewangelia Jana nie zna przemienienia Jezusa na górze, jak to potwierdzają ewangelie synoptyczne. Znajdujemy jednak w czwartej Ewangelii miejsce, które może przypominać synoptyczne przemienienie na górze. Jest to końcowa scena pierwszej części książki, czyli „księgi znaków” (1,19–12,50). Wspólnym z synoptykami jest tutaj zarówno głos Ojca, który wypowiada się na chwałę swojego Syna, jak również temat wywyższenia Jezusa przez krzyż.

Scena zaczyna się prośbą greckich pielgrzymów do Jerozolimy, z którą po wjeździe Jezusa do Jerozolimy na Niedzielę Palmową zwracają się do Filipa: „Panie, chcielibyśmy zobaczyć Jezusa!” Filip z Andrzejem przekazują tę prośbę Jezusowi. Jezus im na to powiedział: „Nadeszła godzina, aby Syn człowieka został uwielbiony...”

Co to za odpowiedź, czy ma jakąś logikę? Grecy go szukają, a on zaczyna mówić o tym, że nadeszła ta godzina, o której tu i ówdzie wspominał od początku Ewangelii aż do teraz. Właśnie ci Grecy najwyraźniej pobudzili Jezusa do rozpoczęcia mówienia o swojej godzinie. To oni, ich przybycie i ich zainteresowanie Jezusem dały Jezusowi znać, że Godzina nadchodzi. To godzina, ku której naprawdę zmierza całe życie Jezusa, w niej ma się zwieńczyć całe jego posłannictwo. On chce to przejść, chociaż jego dusza jest przerażona. „Przecież dla tej godziny przyszedłem.” Bez niej całe jego dotychczasowe dzieło, jego wcielenie i właściwie całe dotychczasowe dzieje zbawienia pozostałyby jedynie półrocze. Godzina Boża, Godzina zbawienia. Ten czas, którego oczekiwali prorocy. Chociażby Izajasz: „I stanie się w ostatecznych dniach, że góra domu Pana będzie się tyczyć nad szczyty gór, będzie wzniesiona nad pagórki i będą do niej płynąć wszystkie narody” (Iz 2,2). Jezus słyszy o Grekach, którzy go szukają, i zauważa, że ten czas nadszedł. Jest to jak w przypadku Jakubowej studni w mieście Sychar, gdy w Samarytanach, którzy szli do niego, dostrzegł, że „pole już zbielone do żniwa” (J 4,35), że boża żniwa mogą już nastąpić. Lub również jak gdy dzień przed tą Niedzielą Palmową Jezus zauważa, że jego godzina już jest blisko i zaczyna mówić o swoim rychłym pogrzebie, po tym, jak Maria, siostra Łazarza, namaściła mu stopy olejkiem z czystego nardowca. A teraz ci greccy pielgrzymi dają Jezusowi znać, że ta Godzina uderzyła. Jakby boże dzieło spełniało się samo, od dołu. A przecież samo się nie spełni. Ci Grecy szukają Jezusa, ale zbawienie spełni się, gdy On będzie wywyższony i wszystkich przyciągnie do siebie. Dopiero z krzyża zostanie wypełnione zbawienie, tylko krzyż wypełni tę obiecaną Godzinę.

Godzina Jezusa nadeszła. Godzina, w której Syn człowieka będzie wywyższony. W ten sposób „zaznaczał, jaką śmiercią miał umrzeć.” Izajasz mówi o wywyższeniu Hospodinowego Sługę: „Oto mój sługa odniesie sukces, będzie podniesiony, wzniosły i wysoko wywyższony” (Iz 52,13). A sam Jezus wita tę Godzinę słowami: „Teraz będzie uwielbiony Syn człowieka.” Jak to możliwe mówić o śmierci jako o uwielbieniu człowieka? Czyż nie jest śmierć najwyższym upokorzeniem człowieka, szczytowym wyrazem słabości i ograniczenia jego życia? Kiedy Paweł mówi o wywyższeniu Jezusa, ma na myśli zmartwychwstanie, które następuje po upokorzeniu w śmierci: „Uniżył się i był posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg wywyższył go ponad wszystko i dał mu imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,8–9). U Jana jednak Godziną uwielbienia Syna człowieka jest godzina śmierci, ta, która Jezusa trzyma w przerażeniu i prowadzi go do pytania, czy nie powinien prosić Ojca: „Ocal mnie od tej godziny!” A List do Hebrajczyków nawet potwierdzają tę prośbę, gdy wspomina o Jezusowych „modlitwach i usilnych prośbach do Tego, który miał moc go od śmierci wyzwolić, i to z mocnymi wołaniami i łzami” (Hbr 5,7).

Ostatnia godzina, godzina chwały i mocy Bożej, godzina Bożego sądu nad tym światem... jest godziną upokorzenia, bólu, najgłębszej ciemności Jezusa. Jan cały pasyjny tekst podaje z punktu widzenia chwały. Jezus jest zdradzany i wydawany, a przecież sam oddaje się w ręce żołnierzy, których przyprowadził do niego Judasz; jest osądzany, a przecież przez swą śmierć następuje sąd nad tym światem; Piłat przypomina mu, że ma moc, aby go wypuścić na wolność lub wydać na śmierć, a Jezus mu przypomina, że nie miałby nad nim żadnej mocy, gdyby nie była mu dana z góry, a na koniec to Jezus sądzi Piłata i ocenia jego winę jako mniejszą niż winę tych, którzy go wydali. Jezus jest wywyższany ze ziemi, wypędzony, wyrzucony z centrum Bożego ludu, jego sprawa ma być zakończona przed zachodem słońca, aby można było obchodzić szabat i Wielkanoc, jego oskarżyciele nie przekroczą progu rezydencji Piłata, aby się nie splamić i mogli się tak podobać Bogu, aż wieczorem będą jeść baranka. Został wypędzony jak śmieć, odpad, „cierpiał za bramą” (Hbr 13,12). I przecież to nie on, kto w tej Godzinie jest nieodwracalnie usunięty, ale władca tego świata będzie wypędzony na zewnątrz.

W pasyjnych przekazach Jana Jezus jest sławny, majestatyczny, boski. To jednak w żadnym wypadku nie umniejsza realizmu cierpienia. Chwała obecna w jego cierpieniu wcale nie złagodzi jego ciężaru. Z drugiej strony brutalność i bezsensowność jego męczeństwa wcale nie zmieniają ani nie przysłaniają jego boskiej chwały. Wręcz przeciwnie, ta się właśnie przez nie objawia. Oba, słabość cierpienia i wzniosłość chwały, są tu razem, obojga w pełni, niezmienione i nienaruszone, ale także niespojene i niedzielne. Cierpienie i chwała, słabość i moc, życie i śmierć są tu w „hipostatycznej unii”. Nie są tu tylko tajemniczo i niedolnie obok siebie. Boża chwała posługuje się ludzką słabością, aby ukazać się nie pomimo niej, obok niej, ale w niej i przez nią. Tylko wiara Jana potrafi to dostrzec. On poprzez wiarę rozpoznaje, że właśnie tutaj, właśnie w krzyżu objawia się boska istota tak, jak nie mogła się objawić inaczej. Być może jednak musi w samym Bogu istnieć coś podobnego do umierania, w przeciwnym razie chwała Boża nigdy nie mogłaby objawić się przez śmierć Chrystusa, a Jan nie mógłby w Objawieniu (13,8) nazwać Jezusa Barankiem zabitym od stwożenia świata. Przez krzyż chwała Boża przebija się do świata, do ludzkich serc: „Kiedy będę wywyższony z ziemi, wszystkich przyciągnę do siebie.” To jeden z przykładów sławnej janowskiej ironii, która jest w rzeczywistości jakby ironią podwójną. Pierwszy sens to ten starotestamentalny: wywyższenie, pompowanie, pasowanie... To jednak staje się w historycznej realizacji prawdziwym przeciwieństwem, wyśmianiem. Korona królewska jest z cierni. W ten sposób jednak w tajemniczy sposób osiąga się z powrotem pierwotny sens. Wyśmiewany król jest prawdziwym królem. Jezus jest wywyższany, aby być usuniętym, ale w ten sposób zdobywa świat. Wszystkich przyciągnie do siebie. Boży Sługai ujrzy potomstwo, będzie długo żył i plan Pana spełni się w nim” (Iz 53,10).

Ujrzy potomstwo. Tak Jezus wyjaśnia, co rozumie przez swoją chwałę: „Jeśli ziarno pszenicy nie wpadnie w ziemię i nie umrze, pozostanie samo. Jeżeli jednak umrze, przyniesie obfity plon.” Ziarno zechce swą jakość w płodności. Do tego jednak, żeby ujawnić owoce, ziarno musi umrzeć, rozłożyć się. Nie może mieć owoców, dopóki jest ziarnem. Ziarno jako takie nie może dostrzegać swoich owoców. Nie może oddać „z ręki do ręki”, nie może się poświęcić tylko w takim zakresie, w jakim może dostrzegać sens swojej ofiary, nie może wymierzyć rezultatu. Śmierć ziarna jest całkowita. A przecież już ta jest chwałą. Już ziarno, które się rozkłada, które splata się z ziemią i nie ma jeszcze widocznych plonów, jest już chwałą życia. Tylko żywe ziarno może umrzeć – a to także przyniesie owoce. Śmierć Jezusa jest już chwałą Ojca. Swoją śmiercią mówi: „Ojcze, uwielbij swoje imię!” A Ojciec odpowiada: „Uwieńczyłem i jeszcze uwielbię!” Już śmierć jest chwałą Bożą, a tą chwałą jest miłość, która jest zdolna do śmierci, która „jest mocna jak śmierć” (Pnp 8,6). Jeśli Syn swoją śmiercią uwielbi Ojca, Ojciec ostatecznie nie pozwoli się zawstydzić. „Bo Ojciec jest większy ode mnie” (J 14,28). Miłość jest silniejsza niż śmierć. Ojciec jeszcze uwielbi. Syn jest „wysłuchany z powodu swojego posłuszeństwa Bogu” (Hbr 5,7): ujrzy potomstwo, przyniesie obfity plon, przyciągnie wszystkich do siebie.

Jezus to słowo o ziarna pszenicy powiedział przede wszystkim o sobie. Ale nie tylko o sobie. Dotyczy także nas: „Kto chce mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie jestem ja, tam będzie również mój sługa.” Zaprasza nas do naśladowania. Zaprasza nas do śmierci ziarna pszenicy. Zaprasza nas do życia przeżywanego w jedności życia i śmierci. W tym tkwi paradoks naszej chrześcijańskiej tożsamości. „Gdzie jestem ja, tam będzie również mój sługa.” Jezus mówił o swoim wywyższeniu, aby zaznaczyć, jaką śmiercią umrze. A na końcu Ewangelii przepowie Piotrowi, że wyciągnie ręce, inny go przepasa i poprowadzi, gdzie nie chce. A i wtedy mu to powie, „aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga” (21,19). Tak wypełni się płodność śmierci Jezusa: przemieni ucznia w podobieństwo swojej chwały, chwały krzyża.

 


1 2 3 4 5 6 7 8
```